Nowy numer 49/2020 Archiwum

Z nieba spadła śmierć

Historia. Stracili życie przez pomyłkę lotników, bo mieszkali blisko strategicznego obiektu.

Wyryte w pamięci

– Chłopy wtedy były przeważnie w robocie albo daleko, przy wojsku. Tu zostały kobiety, dzieci i starsi – opowiada Agnieszka Pietrzyk ze Starego Koźla. W 1944 roku kończyła 7 lat.

7 lipca 1944 roku żołnierze zawrócili ją z drogi do szkoły. Z babcią, ciotką, jej synami i opiekunką najmłodszego schroniła się w piwnicy, bo ze Starego Koźla mieli do schronów daleko. Gdy bomba uderzyła w dom, starsze dzieci ocalały, babcia została ranna, a opiekunka z maluchem zginęła. – Przyjechały ciężarówki z żołnierzami niemieckimi, którzy wygrzebywali nas spod gruzów. Zwłoki zawijali we flagi ze swastyką, w których ich potem pochowano, bo nie było nic innego, i kładli przy drodze. Pobiegłam do domu obok i zobaczyłam sąsiadkę, ranną, nabitą na gwóźdź, bez nogi, ale jeszcze żywą. Nie mogłam jej pomóc. Podeszłam do poduszki, w której było niemowlę, potrząsałam nim, ale już nie żyło. Do dziś to widzę – opowiada. Najciężej rannych wieziono do Koźla, innych opatrywano na miejscu, w przedszkolu. Zniszczył je miesiąc później drugi nalot.

Z drugiego bombardowania kobieta wspomina bombę, która nie wybuchła na ich poddaszu, różaniec odmawiany podczas nalotu i matkę z dzieckiem, która w szoku wybiegła z piwnicy i zginęła. Opisuje wielkie leje, gruzy i pogrzeb ofiar.

– Miał charakter państwowy, wojsko niemieckie nad wspólnym grobem oddało potrójną salwę honorową. Ówczesny proboszcz ks. Antoni Połomski ze łzami w oczach powiedział: „Kochani moi, którzy teraz spoczywacie w tej poświęconej ziemi, nie byliście tylko moimi parafianami – ale też moimi przyjaciółmi, na których zawsze mogłem liczyć. Niech Pan Bóg w niebie wszystko Wam wynagrodzi” – wspomina pani Agnieszka.

Nie o was chodziło

Po drugim bombardowaniu wojsko ewakuowało cywilów. Pojechali najpierw do Czech, potem do Austrii, a stamtąd m.in. do Heubach, które wkrótce przeszło w ręce Amerykanów. Do domu, gdzie ulokowano małą Agnieszkę Pietrzyk z mamą, dokwaterowano alianckich żołnierzy. Jeden z nich, gdy usłyszał śląskie nawoływanie kobiety „Agnys, nazod”, odezwał się po polsku. Okazało się, że to pochodzący spod Mysłowic lotnik, który był w eskadrze bombardującej Kędzierzyn.

– Długo rozmawiał z mamą, tłumaczył, że nie zniszczyli wsi specjalnie, że ich celem były zakłady, ale przez mgłę nie umieli dokładnie ich rozpoznać. Polubił mamę, wówczas już wdowę, chciał, żebyśmy z nim jechali do Ameryki. Ale mama wolała wrócić tu – wspomina Agnieszka Pietrzyk.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama