GN 48/2020 Archiwum

Łowca Liberatorów

Historia. Na poddaszu trzyma szczątki dwóch amerykańskich myśliwców Airacobra, szturmowca Henschel Hs129, Petlakowa, Lisunowa spod Chrzelic i pilotowanej przez Rosjan amerykańskiej Dakoty.

Z czasem z raportów wyłoniła się cała historia. Rosyjskie źródła opisywały, że 27 stycznia 1945 r. cztery Aircobry wyleciały w rejon Dąbrowy–Polskiej Nowej Wsi, atakując tam m.in. dwie furmanki i ok. 20 żołnierzy. W trakcie akcji zostały zaatakowane przez dwa Messerschmitty. Wywiązała się walka, w wyniku której jednemu z Rosjan udało się zestrzelić niemiecką maszynę. Niemiecka strona podaje, że 27 stycznia z lotniska w Wierzbiu na patrol na południe od Opola wystartowały dwa Messerschmitty i że w wyniku walki został zestrzelony podoficer Willi Smelka z pułku JG 52, lecący białą „10”. – Ten właśnie numer widnieje na samolocie na zdjęciu. Pilot figuruje jako zaginiony, ale na pewno nie przeżył. Widać po uszkodzeniu maszyny, że pocisk z kobry trafił w kabinę i w niej eksplodował. Pewnie miejscowi go pochowali gdzieś w pobliżu. I tak zamknęła się jedna historia. Samolot został rozebrany i trafił do huty, zostały po nim jedynie te klapki i zdjęcia – opowiada Piotr Witek.

Porażka niemieckiego asa

Jednym z cennych łupów jest Messerschmitt 109 G-10 U4. – Dotarłem do naocznego świadka jego katastrofy w pobliżu wsi Włostowa. Wówczas miał on ok. 7 lat i pamięta że niemiecki pilot się uratował, skacząc na spadochronie pod lasem. Był w szoku, że metalowy samolot może się tak palić, bał się, że maszyna uderzy w ich dom. Udało mi się odnaleźć dokumentację tego samolotu, czyli tabliczki znamionowe z numerami płatowca, silnika i wprowadzonych zmian. Pilotem tej maszyny okazał się Ginter Capito – wspomina Piotr Witek. W tym miejscu historia nabiera barw, bo łączy się z losami Ericha Hartmanna, jednego z największych asów niemieckiego lotnictwa. Pilot, który chwalił się 352 zestrzeleniami, stacjonował jakiś czas na lotnisku w Wierzbiu. – Jego największą dumą była jednak nie liczba zestrzelonych maszyn, ale to, że prawie nigdy nie stracił swojego bocznego. Zdarzyło się to tylko raz, właśnie tutaj. I opowiada o usilnych prośbach majora Capito, latającego wcześniej transportowcami, którego pod koniec wojny z braków kadrowych przesunięto do myśliwców. Pragnął on choć raz zostać bocznym sławnego pilota. Ten zgodził się zabrać go na bezpieczny, zdawało się, patrol, pod warunkiem, że gdyby coś się działo, będzie natychmiast wykonywał wszystkie polecenia i trzymał się blisko dowódcy. Gdy podczas lotu zaatakowała ich grupa Rosjan, Hartmann wykonał sprawnie zwrot pod atakujące samoloty. Capito, lecący czarną „7”, zrobił to samo, ale po większym łuku i trafiła go seria z broni przeciwnika. Niemiecki as wydał bocznemu rozkaz, by wyskoczył, bo jego maszyna się pali, a sam zestrzelił napastnika. Capito bezpiecznie wrócił do bazy. Szczątki jego maszyny są u pasjonata z Mańkowic, nie odnalazł on natomiast jeszcze rosyjskiego wraku.

Lotniczy Sherlock Holmes

Niemałą satysfakcję sprawiło kolekcjonerowi rozpoznanie wśród sterty blach rosyjskiego wraku samolotu typu Douglas Boston, na podstawie jednej z klapek i fragmentu osłony. Uzyskanie jakichś dokumentów uwiarygodnia przypuszczenia, wyjaśnia kilka zagadek albo potwierdza relacje ludzi. Przy rekonstrukcji historii bywa problem z uzyskaniem danych z archiwów, zwłaszcza rosyjskich. Tu pomagają mu znajomi Polacy, Czesi i Niemcy. Jeśli się uda, na podstawie informacji z obu stron i opowieści miejscowych udaje się odtworzyć przebieg zdarzeń. Czasem ustalenie losów mocno utrudnia zwykła literówka. Albo są dane o zestrzeleniu, ale nie ma wraku. Odnalezione elementy to często jedyny dowód dla modelarzy, jakie barwy, jaki kamuflaż miały poszczególne samoloty w kolejnych etapach wojny, by wiernie odwzorować je na modelach. Izba istnieje przy Stowarzyszeniu Wsi Mańkowice. Piotr Witek chciałby rozpropagować muzeum i oznakować miejsca odnalezienia wraków. Marzy mu się trasa turystyczna po okolicy, jednak na to potrzeba pieniędzy. Kosztowne są też niezbędne pozwolenia i wynajem maszyn do wykopania ewentualnych wraków. Coraz częściej płatny jest też dostęp do niektórych archiwów. To nie zniechęca jednak pasjonata. – Mam jeszcze historie do domknięcia, parę miejsc do sprawdzenia i ślady kolejnego myśliwca. Chcę uratować z ziemi ile się da. A to, co się udało ustalić, nie zginie – kwituje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama