Gość Bielsko-Żywiecki 49/2020 Archiwum

Mowa serca morawskiego

Społeczeństwo. Tak mówią tylko tutaj. I jak potrafią cieszyć się z tego!

Cały świat drży i zdaje się, że za chwilę zapłonie, a ja jadę sobie spokojnie wśród cichych, oprószonych pierwszym śniegiem pól do Krzanowic, żeby posłuchać, jak dzieci z Czech i Polski opowiadają o dawnych czasach starym językiem, którym jeszcze mówią ich babički i omy. Ta mowa to morawszczyzna czy też morawścina przez dialektologów nazywana gwarą laską. Myślę, czy nie będzie przesadą eksponowanie takiego tematu, kiedy tyle ważnych spraw dzieje się naokoło? Odpowiedź na wątpliwość znajduję w tym, co mówi mi dr Kornelia Lach, etnografka i dyrektor Zespołu Szkół w Krzanowicach. Kiedy z najstarszymi mieszkańcami okolic rozmawia gwarą, łatwiej nawiązuje z nimi kontakt. Gwara to mowa domu, mowa serca, w której ludzie rozumieją się lepiej. – Jeżeli jest oma, która tak mówi, to do niej wszyscy się zwracają gwarą – zaznacza dr Lach.

Przypominają się tu od razu słowa arcybiskupa Nossola o mowie serca i o tym, że językiem macierzystym ludzkości jest dialog. Czy tę mowę – dialog – ludzkość odnajdzie, odezwie się nią do siebie, zanim pogrąży się w odmętach totalnego chaosu? – pytam sam siebie, obserwując w Krzanowicach święto tamtejszej mowy.

– Dom to swoja perzina, swoj stoł i swoj krziż na ścinie – mówi dziewięcioletni na oko opa w scence pt. „Nasze spuminki o chorze swate Cylii” rewelacyjnie zagranej przez dzieci z klas I–III krzanowickiej szkoły podczas IX Międzynarodowego Konkursu Gwary Laskiej. Dziewczynki ubrane w stare chusty i mazelonki, uczesane tradycyjnie – gładko w kok, a włosy przyprószone (sztuczną, ale zawsze) siwizną! Młoda widownia wstrząsana co i rusz wybuchami śmiechu. Stara mowa jest pełna humoru. „A jak nas ta Pawliczka ćwiczyła po polsku i po morawsku!” – salwa chichotania i pisków, „mi ze strachu nogi dyrgotały” – i znów wybuch radości. I tak co chwila. Kiedy na scenę wchodzą „Krzanowickie Omy”, na widowni szał jak na trybunach stadionu. Radość dzieci i fakt, że dobrze rozumieją słowa, których znaczenia ja się ledwo domyślam („Karlik był pofaczowany”), mówią mi to samo, co dr Lach. W tej mowie rozumieją się dobrze, lepiej, głębiej, prawdziwiej.

– To, co tu słyszymy, to spuścizna naturalnego przekazu międzypokoleniowego rodzin morawskich zamieszkałych po obydwu stronach granicy polsko-czeskiej. Ten etnicznie jednolity region w 1920 r. został przedzielony granicą: najpierw czechosłowacko-niemiecką, a potem, w 1945 r., polsko-czechosłowacką. Dlatego w tej mowie słyszymy wyraźne wpływy trzech kultur: polskiej, czeskiej i niemieckiej. Współczesna morawszczyzna w Czechach ma coraz więcej wyrażeń czeskich, a w Polsce – polskich, co jest zjawiskiem zupełnie naturalnym – tłumaczy Kornelia Lach.

Rita Serafin, sekretarz urzędu miejskiego w Krzanowicach: – Nie tak dawno mówienie gwarą nie było trendy, a wręcz przeciwnie. A gwara to jest ogromne dobro i wartość. Powinniśmy się bardzo cieszyć, że nastały takie czasy, że możemy pielęgnować naszą gwarę, dbać o nasze korzenie – podkreśla.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama