• facebook
  • rss
  • Mnich ze szkoły Ho Chi Minha

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 03/2013

    dodane 17.01.2013 00:00

    Ludzie. Choć jego podstawówce w Żywocicach patronował krwawy komunistyczny przywódca, wyrósł na porządnego chłopaka, a jego uczciwość doceniło UNESCO.

    Grubba, Kucharski, Dryszel – te nazwiska czołowych polskich tenisistów z lat 80. zna niemal każdy. Wśród ówczesnych kadrowiczów jest też Norbert Mnich, chłopak z podkrapkowickich Żywocic. Z rakietką w ręku zwiedził prawie cały świat, trafił nawet do Korei Północnej i Indii. Dziś wskazuje innym sportową drogę.

    Od „deski” do Rzymu

    Gdy w Szkole Podstawowej w Żywocicach, wówczas im. Ho Chi Minha, pojawia się nauczyciel Rudolf Wieloch, przynosi w „wianie” ze Ściborowic dwa stoły tenisowe. U chłopaków z Żywocic rodzi się miłość do ping-ponga. – Trener był nauczycielem matematyki, ale też liczącym się lekkoatletą. To człowiek bardzo wymagający, zarówno jeśli chodzi o sport, jak i o szkołę. Wychowany jeszcze po staremu, z zasadami, zacięty w osiąganiu celów. Dla mnie był jak drugi ojciec – opowiada Norbert Mnich. Młodzi żywociczanie grają zwykłymi „deskami”. Lepszy sprzęt trzeba dopiero wygrać na turniejach. Za salę gimnastyczną musi starczyć korytarz. Ale młodzi bardzo chcą grać, a zaproszenie na trening to wyróżnienie. – Jak dostałem lepszą rakietkę, tzw. gąbkę, spałem z nią dwie noce. Każdy wyjazd to było wydarzenie, emocje. Jeździło się po całej Polsce, spotykało z różnymi ludźmi. Tenis dużo mi dał. Nauczył mnie też swobody wypowiadania się, co było bardzo cenne dla chłopaka ze Śląska – podsumowuje Norbert Mnich. Beata Wieloch, Danuta Glacel, Norbert Mnich i Marcin Bomba z Żywocic wygrywają ogólnopolską spartakiadę młodzieży.

    Z tej czwórki największą karierę zrobi Norbert. Wygrywa mistrzostwa Polski juniorów młodszych. Wchodzi do kadry narodowej i jedzie na mistrzostwa Europy młodzików do Rzymu. Polska drużyna zajmuje tam trzecie miejsce, ale trzynastoletni Norbert najlepiej pamięta co innego. – Mieliśmy okazję spotkać się z Janem Pawłem II. Gdy podchodził do nas, nie bardzo wiedziałem, co trzeba zrobić. Dziewczyny stojące obok podpowiedziały, żeby pocałować pierścień. Jak pokazałem mamie zrobione z papieżem zdjęcie, to już mogłem bez przeszkód chodzić na treningi – wspomina Norbert Mnich. Jednak choć zespół z Żywocic gra już w IV lidze, rozwój siedemnastolatka zatrzymuje się. Zapada więc decyzja o przenosinach do Gliwic, do I ligi. To tylko 60 km od domu. W AZS Gliwice z marszu trafia do pierwszego składu. – Gdy pierwszy raz byłem tam na treningu, na salę przyszedł Stefan Dryszel, wówczas już reprezentant Polski. Był starszy ode mnie o osiem lat. Jak miałem z nim zagrać, czułem wielki respekt, a tu słyszę: „Nie mów do mnie pan, teraz jesteśmy kolegami z drużyny”. To był dla mnie wzór, bo też pochodził z małej miejscowości, mieliśmy podobną drogę – wspomina Norbert Mnich.

    Wygrana nie najważniejsza

    W latach 80. polski tenis stołowy zdominują dwa kluby akademickie – z Gliwic i Gdańska. Z ich zawodników składa się polska kadra narodowa, która między sobą dzieli medale mistrzostw Polski. Przekleństwem Norberta Mnicha jest Andrzej Grubba. Sześć razy zatrzymuje go w ćwierćfinale mistrzostw Polski w grze pojedynczej. Najbliższy pokonania go chłopak z Żywocic jest… w Bundeslidze. Dość wysoko prowadzącego w decydującym secie Norberta paraliżuje perspektywa wygranej i kończy się jak zwykle. Gdy jednak przy stole nie są sami, wynik jest sprawą otwartą. W 1987 roku w Zawierciu dochodzi do sensacji. Dwa tygodnie wcześniej na mistrzostwach świata Andrzej Grubba z Leszkiem Kucharskim zajmują trzecie miejsce. W półfinale mistrzostw Polski debel Norbert Mnich – Mirosław Pierończyk ogrywa ich! A w wewnętrznym gliwickim finale Mnich i Pierończyk pokonują parę Stefan Dryszel/Piotr Molenda. Podczas dziewięciu lat w Gliwicach Norbert Mnich pięć razy jest drużynowym mistrzem Polski, a cztery razy wicemistrzem. W polskiej kadrze rywalizacja też jest zacięta. Wysokie lokaty gwarantują wyjazdy na turnieje zagraniczne – co wówczas jest luksusem. Podczas Międzynarodowych Mistrzostw Belgii w 1986 r. Norbert Mnich zapisuje się w kronikach polskiego sportu. Przy stanie 19:20 w decydującym secie przyznaje się do podwójnego odbicia, które przeoczyli przeciwnik i sędzia. Zamiast 20:20 jest porażka i Polak odpada z turnieju. Zyskuje jednak powszechny szacunek. – W Żywocicach i Gliwicach uczono mnie, żeby nie oszukiwać – mówi prosto. Za dżentelmeńską postawę odbiera wyróżnienie Międzynarodowego Komitetu Fair Play przy UNESCO. – Wtedy nie chciałem jechać do Paryża, ale nalegał Polski Związek Tenisa Stołowego. Dobrze, że ówczesna dziewczyna, późniejsza żona, przekonała mnie do zabrania garnituru, bo była tam wielka gala. Teraz ten tytuł jest dla mnie najcenniejszy – mówi laureat prestiżowej nagrody. Indywidualnie tenisista z Żywocic tylko raz dobija się do pierwszej czwórki w mistrzostwach Polski, nie lepiej idzie na arenie międzynarodowej. Domeną Norberta Mnicha jest gra w parach i turnieje drużynowe. W 1985 roku polska kadra jest trzecia w mistrzostwach świata w Szwecji. Rok później Polacy z Pragi przywożą brązowe medale mistrzostw Europy. Trzy razy jest mistrzem Polski w deblu z Mirosławem Pierończykiem i trzy razy wicemistrzem Polski w mikście. – Trochę za późno trafiłem do Gliwic. To był czas, kiedy trudno było się przebić, poziom w Europie i u nas był wysoki, koledzy z kadry byli starsi, doświadczeni, ale jeszcze w wysokiej formie – ocenia dziś Norbert Mnich.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • MM
      01.01.2015 23:14
      Artykuł fajny bo pokazuje drogę jednego z wielu utalentowanych sportowo młodych chłopców z małych wiosek.A takich talentów z pewnością było więcej w różnych dyscyplinach.Nie wszyscy mieli wolę i warunki dalszego doskonalenia swoich uzdolnień.P.Mnich był jednym z niewielu szczęśliwców,któremu poza swoim talentem chciało się chcieć i dlatego doszedł tak wysoko.I to należy cenić.Ale uważam,że nie osiągnąłby tego gdyby w swoim czasie jego drogi nie zbiegłyby się z P.Wielochem,Wielkim pssjonatem sportu,który swoim zaangażowaniem i znajomością tematu potrafił stworzyć coś z niczego.Dał tego przykład już przed pracą w Żywocicach.Dlatego uważam,że byłoby dobrze poświęcić P Rudolfowi podobny artykuł o jego działalności(prawdopodobnie społecznej),bo z pewnością zasługuje na takie wyróżnienie.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół