• facebook
  • rss
  • Nad Rio Grande

    Anna Kwaśnicka

    |

    Gość Opolski 45/2013

    dodane 07.11.2013 00:00

    – Na co dzień towarzyszę ludziom w budowaniu Kościoła o indiańskiej twarzy – mówi ks. Piotr Wojtala.

    Misjonarz ma za sobą pierwsze dwa lata posługi w wikariacie apostolskim Nuflo de Chavez w Boliwii. Pracuje w dwóch parafiach: El Fortin Libertad i El Carmen, do których należy 25 wiosek rozsianych na dość dużym i zróżnicowanym terenie. W duszpasterstwie wspierają go: wikary – młody ksiądz będący rodowitym Boliwijczykiem, siostry z dwóch zgromadzeń, a także katechiści, ale, jak mówi, rąk do duszpasterskiej pracy przydałoby się znacznie więcej.

    W innych realiach życia

    Ksiądz Piotr Wojtala swoją misjonarską plebanię ma w konwencie pofranciszkańskim w El Fortin, w regionie wikariatu, w którym Kościół katolicki pojawił się najpóźniej. W tym rejonie pierwsza parafia powstała dopiero w latach 50. XX wieku. – Parafię El Fortin, leżącą nad rzeką Rio Grande, przejąłem na początku 2012 roku od franciszkanów. Przez pierwszy miesiąc o. Kacper wprowadzał mnie w specyfikę parafii, wszędzie ze mną jeździł, opowiadał, dawał rady. Potem zostałem sam i widziałem, że ludziom trudno było zrozumieć, że zamiast kilku ojców, mają tylko jednego – opowiada misjonarz.

    – Cztery większe wspólnoty odwiedzam regularnie, nawet dwa razy w tygodniu, ale do mniejszych i całkiem malutkich osad docieram raz na 3 miesiące i rzadziej. Nieobecność kapłana sprawia, że ludzie zmuszeni są do przeżywania świąt bez liturgii, że gromadzenie ich wspólnoty nie jest regularne. A trzeba podkreślić, że w Boliwii niemal w każdej wiosce, nawet niewielkiej, jest kilka kaplic różnych Kościołów i sekt. To powoduje, że ludzie są zdezorientowani i praktycznie nie czynią i nie widzą żadnych różnic między poszczególnymi wyznaniami i pseudoreligiami – wyjaśnia ks. Wojtala. – Nikogo do niczego nie zmuszamy. Głosimy Chrystusa, Jego słowo, a ludzie w wolności sumienia mogą wybrać – dopowiada. – W El Fortin duszpasterstwo ma swój poziom, nie brakuje osób zaangażowanych w życie lokalnego Kościoła i przygotowanie liturgii: komentarze liturgiczne, procesje z darami, oprawa muzyczna, tańce – zaznacza misjonarz.

    Jestem tam dla nich

    – W moich parafiach ludzie żyją bardzo biednie. Mieszkają w chatach z gliny przykrytych palmą, nie mają prądu, większość z nich je tylko raz dziennie – opowiada misjonarz. – Często słyszę prośbę: „Padre, daj mi wody”. To było dla mnie wielkie zdziwienie, jak komuś może nawet wody brakować. Ale w wioskach, gdzie w wielu przypadkach jest tylko jedna studnia, jeden kran z wodą zdatną do picia, staje się ona skarbem – wyjaśnia. Próśb jest wiele. Ludzie proszą nie tylko o wodę, ale o coś do jedzenia, o buty czy o lekarstwa. – Rozumiem te prośby, bo przecież trudno słuchać o Jezusie Chrystusie, gdy jest się głodnym. Trudno mówić człowiekowi, że Pan Jezus jest dobry, kiedy ten człowiek cierpi, potrzebuje lekarstwa – mówi, dodając, że choć przy plebanii działa szpital misyjny, udzielający pierwszej pomocy, wielu chorych nie zdąży przyjść na czas. – W niektórych wioskach są co najwyżej jeden albo dwa rowery. Samochodów nie ma, a w porze deszczowej i tak na niewiele by się zdały, bo nie da się przejechać. Niedawno mieliśmy przypadek kobiety, którą przywieziono po skomplikowanym porodzie. Niestety, praktycznie przed samym szpitalem zmarła. Zabrakło fachowej pomocy, zabrakło leków. Trudno pogodzić się z takimi sytuacjami – opowiada misjonarz.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół