Nowy numer 16/2018 Archiwum

Pogodne rozstanie

Teresa wyniszczona chorobą, świadoma swojego stanu – a tak pogodna była i radosna. Jak zawsze. Duch władał ciałem.

Nie pamiętałem pierwszego spotkania z panią Teresą. Ten dzień przypomniał jej mąż, dziennikarz. Gdy miał powstać opolski dodatek do „Gościa Niedzielnego”, przyjechali do mnie oboje. Miałem już kilka lat doświadczeń w pisaniu tekstów dla „Gościa”. Od homilii po reportaż ze skupu buraków. Redakcyjnej praktyki niewiele. Oni oboje przerastali mnie w dziennikarskim fachu i warsztacie we wszystkim. Ale Teresa uważała, że warto i mnie pytać. Jakiś czas później „zderzyliśmy się” na pewnej uroczystości. Oboje w pracy. Był to czas radosnego bałaganu towarzyszącego początkom mutacji opolskiej. Teresa chciała się wycofać. Usiłowałem ją przekonać, że przyjechałem, bo przyjaźnimy się z proboszczem, a materiał to ona powinna zrobić. Z tajemniczym uśmiechem (mam zdjęcie) przyjęła rolę korespondenta. Taką zawsze była – skromna, nie narzucająca ani siebie, ani swoich pomysłów. A miała i wizje, i pomysły, i prognozy. Problemy też.

Gdy czasem mówiłem o swoich, nieodmiennie odpowiadała dyskretnym machnięciem ręką i słowami „nie trzeba się przejmować”. Bez wykrzyknika, ciepło to wypowiadała. Kiedy miałem prowadzić rekolekcje dla redakcji, byłem lekko przerażony. Odpowiedzią był pogodny uśmiech, spojrzenie w oczy i jedno zdanie: „Wystarczy mówić o najprostszych rzeczach”. Według tej rady postąpiłem. Przed kilkoma miesiącami ja otrzymałem rekolekcyjną naukę od niej. Byliśmy na Górze św. Anny. Teresa wyniszczona chorobą, świadoma swojego stanu – a tak pogodna była i radosna. Jak zawsze. Duch władał ciałem. Dlatego i pogrzeb był pogodnym rozstaniem z Teresą. Już po obiedzie jej córka, Kinga, opowiadała o ostatnich chemiach. Wielogodzinna kroplówka zawsze była męcząca. Dlatego dzień poprzedzający wyjazd do szpitala nieodmiennie był trudny. „Jak tylko mama przekraczała próg oddziału, wszystko z niej opadało” – wspomina córka. „Szeroki uśmiech, serdeczne powitanie z personelem i chorymi. Dla mamy był przygotowany pośrodku fotel. Nazywali ją »panią kierowniczką« albo »dyrektorową«...” – ze słów córki przebija duma i radość. „Dziękuję za waszą mamę” – powiedziałem. „To my dziękujemy za taką mamę”. Zięć dodał zdecydowane: „I za taką teściową”. Do rodziców tulił się mały Maks. „I za babcię” – usłyszałem. Rozmowę obserwował mąż. Słów chyba nie słyszał w obiadowym gwarze. Ale swoim uśmiechem zdawał się je potwierdzać. Dom, redakcja, zaangażowanie w duszpasterstwo rodzin, w prace ośrodka adopcyjnego, wreszcie szpital... Że też Teresie starczało uśmiechu w tylu miejscach.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma