• facebook
  • rss
  • Parting glass

    Andrzej Kerner

    dodane 16.10.2014 21:17

    Przelatują mi przez głowę dziesiątki chwil spędzonych z Declanem. Pamiętam szczególiki nawet sprzed 18 lat. Czuję wielką wdzięczność. Bye, my friend.

    Sprawa jest prywatna, nie tak bardzo opolska. Więc wybaczcie tę prywatę na stronie „Gościa Opolskiego”. Ale i zrozumcie dlaczego mimo wszystko piszę – ten człowiek ma również swoje zasługi dla „Gościa”. Ks. Declan Doyle, Irlandczyk, dublińczyk, przyjaciel, był bohaterem wielu moich tekstów o Irlandii w naszym tygodniku. Kto wie, może jeszcze niektórzy kojarzą, że coś takiego pisałem? On mnie wprowadzał w ten piękny kraj i ten Kościół już w latach kiedy do Irlandii  nie latały samoloty, trzeba było tam 44 godziny jechać autobusem. Pomijam fakt, że to on ponosił koszty mojego pobytu na Zielonej Wyspie czym – bez wypominania komukolwiek, bo robił to chętnie i hojnie! – wspomagał budżet redakcyjny. 18 lat trwała nasza przyjaźń.

    Wczoraj dowiedziałem się o śmierci Declana. Dobrze, że nikt w  tej chwili  i przez dłuższy czas po niej nie wchodził do redakcji...

    Co bym chciał tu napisać? Że czuję ogromną wdzięczność dla niego. Banał. Że odszedł ksiądz, który w Irlandii był postacią znaną, a w ostatnich latach także przeżywającą dramat publicznych oskarżeń? Niewiele to mówi. Książkę bym musiał o nim napisać. Do dziś w naszym kredensie stoi pióro w kryształowym kałamarzu, które podarował mi po to bym napisał książkę. To samo mi przypomniał w ostatnim mailu. Napisz książkę, nie reportaż, ale literaturę. Dużo wiesz o życiu, zrobisz to dobrze. Wierzył we mnie, cholerny dublińczyk.

    To on wprowadził mnie do domu swojej przyjaciółki Veroniki Guerin, legendarnej dziennikarki irlandzkiej, zabitej przez narkotykowe podziemie, o której nakręcono kilka filmów m.in. z Cate Blanchett w roli głównej. Poznawał z hierarchami i biedakami, zwykłymi Irlandczykami. Otwierał oczy na przyczyny kryzysu Kościoła w Irlandii. Dał naukę, którą z Irlandii pamiętam najmocniej: jeśli wskazujesz palcem na winnego zauważ, że trzy palce kierują się w twoją stronę.

    Był prawdziwym duszpasterzem, choć w typie raczej w Polsce rzadkim. Uwielbiali go pracownicy dublińskiego portu lotniczego, gdzie pracował przez 12 lat, lubiły go ubogie staruszki, które odwiedzał z Komunią św. Wdzięczni mu byli milionerzy -brokerzy ubezpieczeniowi i ksiądz - bratanek kard. Connella, którego wspomagał jako spowiednik i psychoterapeuta. Najzwyklejsi ludzie z Dublina mawiali o nim „best priest ever” (najlepszy ksiądz w historii). Pamiętam ostatnią scenę naszych spotkań – odwoził mnie na dworzec i spotkał parafiankę, zatrzymał się, pogadali o problemach rodziny przez otwarte okno samochodu. Zapamiętaj, to jeden z ostatnich prawdziwych dublińczyków, rzekła mi ta niewiasta -  raczej nie najbardziej nobliwa z wszystkich parafialnych niewiast - zachrypłym głosem brzmiącym w cudownym dublińskim, śpiewno- gardłowym akcencie.

    Kto trochę zna Irlandczyków ten wie, że mają problem, by wytrzymać kwadrans bez żartu. Declan nie wytrzymywał pięciu minut. Tysiące żartów mógłbym przytaczać. Kiedy spędzaliśmy trzeci z kolei późny wieczór w jego japońskim ogródku nad szklaneczką irlandzkiej whiskey zapytałem w końcu: „Czy wszyscy Irlandczycy codziennie piją whiskey?”. Z odpowiedzią nie wahał się ani chwili: – Tylko wtedy kiedy przyjeżdżają Polacy!

    Mógłbym pisać i pisać. Declan Doyle wpłynął na moje życie, wspierał, wierzył we mnie, dawał głębokie rady, dzwonił w chwilach ważnych, pamiętał. Był mi prawie jak ojciec. Był przyjacielem prawdziwym, bezinteresownym - w niczym nie mogłem mu pomóc, nic dla niego załatwić. Jestem mu szczerze - a żeby było po irlandzku powinienem dodać: cholernie - wdzięczny. On pomógł mi tyle razy.

    Declan, rest in peace. Spoczywaj w pokoju. Śpiewam Ci „The parting glass”, tradycyjną irlandzko-szkocką pożegnalną pieśń przyjaciół .

    A Was, mili Czytelnicy, którzy dobrnęliście do końca tego tekstu, proszę równie szczerze: zmówcie „wieczny odpoczynek” za duszę mojego przyjaciela Declana Doyle, księdza archidiecezji dublińskiej.

     

    ps. A kto chce niech jeszcze posłucha sentymentalnej pieśni o przemijającym starym, prawdziwym Dublinie i starych, prawdziwych dublińczykach... The Rare Ould Times | Geantraí na Nollag | TG4 Christmas Day Night
    TG4

     

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół