• facebook
  • rss
  • Śmierć kuratusa Bujary

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 04/2015

    dodane 22.01.2015 00:00

    Zwolniony z więzienia gestapo wrócił do swoich parafian, by zginąć z rąk czerwonoarmistów.

    Po około 2 miesiącach od chwili, gdy 25 stycznia 1945 r. widziano ks. Karola Bujarę po raz ostatni, grupa chłopców z Januszkowic znalazła w polu między Januszkowicami a Kłodnicą ciało. Miejscowego duszpasterza zidentyfikowała dopiero kościelna Paula Pogoda. – Jego już nie szło poznać.

    Ona po jakli (swetrze – przyp. A.K.) poznała, że to farorz – mówi Błażej Kampa, inicjator społecznej budowy krzyża upamiętniającego męczeńską śmierć ks. Karola Bujary, kuratusa w Januszkowicach w latach 1941–1945. Za datę jego śmierci przyjmuje się 25 stycznia 1945 r., bo tego dnia wpadł w ręce żołnierzy Armii Czerwonej, którzy wyprowadzili go za wioskę. Dokładnie w 70. rocznicę tego dnia, w niedzielę 25 stycznia, krzyż postawiony ze spontanicznej inicjatywy grupy mieszkańców opodal miejsca znalezienia ks. Bujary zostanie poświęcony podczas nabożeństwa o godz. 15 przez proboszcza parafii św. Błażeja w Januszkowicach, ks. Jana Cichonia.

    Z więzienia do swoich owieczek

    Ksiądz Karol Bujara jest jednym z wielu duchownych katolickich, którzy zginęli w pierwszych miesiącach roku 1945 na terenie Śląska Opolskiego, zamordowani przez żołnierzy Armii Czerwonej. Jak podaje ks. Andrzej Hanich w zasadniczej dla tego zagadnienia pracy „Martyrologium duchowieństwa Śląska Opolskiego w latach II wojny światowej” (Opole 2009), było to 39 księży katolickich, jeden pastor ewangelicki, pięciu franciszkańskich braci zakonnych oraz ponad 80 sióstr zakonnych. O tragicznym losie ks. Bujary mówią tylko relacje świadków i późniejszych proboszczów w Januszkowicach (ks. F. Spilli, ks. A. Klyszcza – zebrane przez ks. Hanicha). Z natury rzeczy są one nieco rozbieżne w szczegółach, w sumie nie bardzo istotnych. W roku 1941 ks. Bujara przybył, by pełnić w Januszkowicach k. Góry św. Anny funkcję kuratusa (duszpasterz z prawami mniejszymi od proboszcza) jako pierwszy samodzielny duszpasterz w kościele zbudowanym tu w latach 1934–1936. Był utrakwistą: władał językami niemieckim i polskim. Pod koniec roku 1944 został aresztowany przez gestapo. Przyczyną miała być odmowa pogrzebu czy też uznanie przez władze hitlerowskie za niegodne miejsca pochówku żołnierzy niemieckich. Z początkiem roku 1945 (ok. 20 stycznia) został zwolniony z więzienia w Opolu. Do swojej parafii wracał piechotą. To droga licząca ok. 40 km. W Krępnej poprosił Martę Gdynię o szklankę wody. – Poznała, że to nasz ksiądz. Mówiła mu, żeby nie wracał do Januszkowic, bo tam już byli Ruscy. Ale on odpowiedział, że musi wracać do swoich owieczek. Dała mu jeść, zaprzęgła konie i zawiozła do Januszkowic – opowiada B. Kampa, który dokładnie pamięta opowieści ojca i wujków o czasach wojny.

    My popa ubili

    Ksiądz Bujara zatrzymał się w domu państwa Murlowskich, miejscowych restauratorów. 23 stycznia Rosjanie zajęli Januszkowice. Dwa dni później żołnierze sowieccy wyprowadzili księdza z domu Murlowskich. Według jednej z relacji był on już wtedy skatowany, tylko w koszuli i kamizelce oraz w kapciach czy też boso. Więcej ludzie już swojego duszpasterza żywego nie zobaczyli. Potem czerwonoarmiejcy mieli szydzić: „My waszego popa ubili”. – Ludzie byli zastraszeni, bo wielu z Januszkowic Sowieci rozstrzelali. Bali się szukać księdza. A jego ciało znaleźli tam, gdzie przedtem stały ruskie działa. Więc tam na pewno nikt nie szedł – mówi Błażej Kampa. Na początku lutego 1945 r. mieszkańcy Januszkowic zostali ewakuowani. Wracali do wsi dopiero pod koniec marca i na początku kwietnia. To tłumaczy długi czas od śmierci ks. Bujary do chwili znalezienia jego ciała w polu niedaleko „Kłodnickiego lasu”.

    Koń ich zaprowadził

    Bliższe okoliczności śmierci kuratusa Januszkowic pozostaną więc na zawsze nieznane. W miejsce, gdzie pozostawiono bez pochówku zwłoki księdza Bujary, doprowadził jeden z błąkających się po okolicy koni porzuconych przez Rosjan. Najpierw miał on wpaść na podwórko Murlowskich, a potem uciekł na pola w kierunku Kłodnicy. W ten sposób grupa goniących go chłopców z Januszkowic znalazła ciało swojego duszpasterza przed stogiem słomy na polu. Był w tej grupie m.in. Leonard Kampa, wujek Błażeja. Opowieści w gronie rodzinnym mocno zapadły w pamięć inicjatorowi budowy krzyża, z zawodu cieśli, zainteresowanego historią Śląska. – Ale w szkole wtedy, za komuny, nie było wolno mówić, co tu „ruscy wyrobiali”. My żyli w dwóch światach – dom i szkoła. Starsi już wtedy godali, że trzeba by coś zrobić, ale się bali. Takech to ruszył, a ludzie poparli i zachęcali, żeby krzyż zbudować – mówi Błażej Kampa.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół