• facebook
  • rss
  • Nie potrzeba fajerwerków

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 14/2015

    dodane 01.04.2015 00:00

    O odczuwaniu obecności Boga i niezwykłej zwyczajności z ks. Romanem Hoszem, dyrektorem diecezjalnego domu formacyjnego „Pustelnia Eliasza” w Jasionie, rozmawia Andrzej Kerner.

    Andrzej Kerner: Kiedy odczuwa się obecność Boga?

    ks. Roman Hosz: Nie można udzielić jednoznacznej odpowiedzi.

    Zapytam więc tak: czy Bóg teraz, tutaj, w „Pustelni Eliasza” jest?

    Tak, Bóg jest między nami. Nie można oczywiście ograniczać rozumienia bliskości i obecności Boga tylko do jednego poziomu. Jest Stwórcą, który nieustannie podtrzymuje świat w istnieniu. Stąd nieustanna Jego bliskość w wielu wymiarach. Jednak najgłębszym dla nas, katolików, doświadczeniem Jego realnej bliskości są sakramenty – szczególnie Eucharystia.

    Jesteśmy w pięknym miejscu: ogród, strumień, wiatr wieje, szumią drzewa, jest urocza kaplica z Najświętszym Sakramentem. A jednak nie widzę Go tu, nie słyszę, nie czuję węchem… Nie odczuwam obecności Boga.

    Odczuwanie, jak i pozostałe zmysły pozwala nam na, często „podbarwiony” emocjami, odbiór świata zewnętrznego. Zmysły nie powinny być jednak wyznacznikami obecności Boga lub Jego braku. Ojcowie pustyni przekonują, że tak jak mamy zmysły zewnętrzne, tak mam zmysły serca. Ale funkcjonują one tylko wtedy, gdy wzrasta w nas człowiek duchowy. Jeśli nasze serce jest uśpione, a człowiek duchowy na poziomie niemowlęcym, to wtedy łatwo pomylić poruszenia serca z doznaniami zewnętrznymi.

    Jak obudzić serce i jego zmysły?

    „Miejscem” doświadczenia bliskości Boga jest nie umysł, ale serce. Nie jako organ, gdzie rodzą się uczucia, ale jako centrum jestestwa, dusza mojej duszy, o której ojcowie Kościoła mówili, że jest jedynym punktem, w którym styka się” tu i teraz” z tym, co „tam i potem”, teraźniejszość z wiecznością. Jeżeli serce jest czyste, to przebija przez nie światło nie z tego świata. To światło jest jak deszcz wiosenny, który pobudza wzrost narządów poznawczych ducha. Jeżeli człowiek jest wierny pragnieniu uczynienia serca czystym, to rodzi się w nim stan kontemplacji, czyli ogląd świata i siebie przez pryzmat Bożego światła. I to wystarcza. Nie ma już wtedy w człowieku pragnienia jakichś szczególnych nadzwyczajności, swoistych duchowych fajerwerków, które dzisiaj dla wielu ludzi stały się tak ważne w przeżywaniu wiary, choć naprawdę są tylko jakimś jej odpryskiem.

    Czyste serce, czyli jakie?

    Niepodzielne. Które jednoznacznie przylgnęło do Boga. Potwierdzone nowym sposobem życia. Często mamy wielkie pragnienie świata duchowego, mamy piękne intencje, ale tkwimy w rozdarciu między pragnieniami a jakością życia. To rozdarcie, tę wyrwę próbujemy czymś wypełnić. Stąd poszukiwanie nadzwyczajnych form obecności Boga. Na krótko może to przynieść nawet wzrost gorliwości w przeżywaniu wiary, ale w dłuższej perspektywie rodzi rozczarowanie, a nawet zgorzknienie.

    Coraz częściej słyszę i czytam ludzi, którzy twierdzą, że Jezus im powiedział, dał znak, że teraz kogoś konkretnie uzdrawia itd. Słowem: są z Bogiem chyba w bliskim kontakcie…

    Ponad 2000 lat jako żywy Kościół doświadczamy nieustannie nadprzyrodzonego działania Wszechmocnego przez cuda i nieoczekiwane wydarzenia, które nie miały prawa zaistnieć. Ale to tylko mały wycinek całkowitego działania Boga. Sprowadzenie Jego bliskości zwłaszcza do wydarzeń cudownych i szukanie nadzwyczajności stawia w pogardzie codzienność. A ojcowie pustyni mówią, że najbardziej niezwykła jest zwyczajność. W niej Bóg przemawia do człowieka, tam opowiada swoją historię, pomnaża życie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że od końca lat 80. XX wieku w Kościele, zwłaszcza na poziomie niektórych ruchów i wspólnot, pojawił się trend „amerykanizacji wiary”, czyli zbyt mocnego spoufalenia się, a nawet „skumplowania” z obecnością Bożą. Towarzysząc wielu osobom w życiu duchowym, niejednokrotnie doświadczam nadprzyrodzonych momentów działania Stwórcy w ich życiu. Ale o wiele mocniej i częściej Bóg posługuje się zwyczajnością.

    Czy „amerykański” sposób przeżywania wiary zwodzi na manowce życia duchowego?

    Jeśli konsekwentnie, spokojnymi krokami rozwijamy życie duchowe, to coraz mniej łakniemy nadzwyczajności. Ponieważ to, co otrzymujemy na co dzień od Stwórcy, jest aż nadto do wykorzystania i do ogarnięcia. Niestety czasem tzw. objawienia prywatne czy „poznania Słowa” pochodzące rzekomo od Boga są jedynie mieszaniną pragnień, emocji i jakiejś – nie zawsze uczciwej – sugestii osób trzecich. Wtedy łatwo o zwiedzenie.

    Kiedy możemy być pewni, że On jest naprawdę blisko nas?

    Ojcowie pustyni mówią genialnie: gdyby Stwórca na ułamek sekundy odjął od nas obecność swojej Miłości, to natychmiast zniknęlibyśmy i nikt wokół nas by nawet nie pamiętał, że ktoś taki żył. To wczesnochrześcijańskie stwierdzenie zwłaszcza w momentach, kiedy podświadomie szuka się emocjonalnych wzruszeń czy dotknięć, osadza wszystko na nowo w prostych, życiowych realiach. Pierwszym potwierdzeniem obecności Boga jest Jego pełne miłości skierowane do mnie: „Żyj!”. Przyjmując świadomie każde tchnienie życia, dla siebie i całego stworzenia potwierdzam Jego obecność. Czy to odczuwam? Nie ma tu miejsca na odczuwanie.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół