• facebook
  • rss
  • To jak prymicje

    Anna Kwaśnicka


    |

    Gość Opolski 24/2015

    dodane 11.06.2015 00:00

    Na poproboszczowskiej emeryturze odkrywa 
i rozwija pasję dziennikarską. Wiele tekstów już napisał, a tematów na kolejne mu nie brakuje.

    Czuję się bardzo wystraszony – w pierwszych słowach podkreślał ks. prałat Jan Szywalski, wieloletni proboszcz parafii Krzyża Świętego w Raciborzu-Studziennej, duszpasterz głuchoniemych, gdy na Zamku Piastowskim w Raciborzu odbywał się jego wieczór autorski. Do rąk czytelników trafiły świeżo wydane „Zapiski księdza Szywalskiego” i to właśnie ta książka stała się przyczyną wieczoru pełnego osobistych zwierzeń, celnych obserwacji i ciepłego poczucia humoru. Miejsca w sali konferencyjnej wypełniły się co do jednego, a bohater spotkania kilkukrotnie podkreślał, że jest to trzeci najważniejszy dzień w jego życiu, stąd to wystraszenie i przejęcie. Pierwszym pod względem ważności był dzień odprawienia pierwszej Mszy św. Drugim dzień złotego jubileuszu kapłaństwa. A trzecim – właśnie wieczór autorski po wydaniu książki. – To moje prymicje cywilne – uśmiechał się ks. Jan Szywalski.


    Powołanie w kolebce


    Podczas wieczoru autorskiego ks. Szywalski wspominał swoje dzieciństwo w Otmęcie, czas spędzony na barce ojca, który był łodziarzem, wspominał też psotne zabawy z rodzeństwem i kolegami, a także pierwsze kroki przy ołtarzu – w ministranturze. – Obowiązkowość miałem wpojoną, ale było daleko do kościoła i droga pod górkę, i spóźniałem się na Mszę św. o 6 rano. Oberszef ministrantów stał w progu zakrystii i nerwowo pukał w zegarek, mówiąc: „Szywalski! Znowu za późno, jest punkt szósta” – opowiadał, wywołując salwy śmiechu na sali. Było też o Mszach św. odprawianych w dzieciństwie, gdy w domu z rodzeństwem bawił się „w kościół”, a długie suknie mamy służyły jako szaty liturgiczne. – Różne są powołania, jedne kształtowane od dzieciństwa, inne tzw. pawłowe, po nagłych nawróceniach. Mój proboszcz ks. Franciszek Dusza na moich prymicjach powitał mnie w kościele słowami: „Jemu chyba Pan Bóg włożył powołanie do kolebki. Pamiętam go, jak klęczał tu z przodu jako mały chłopiec z mycką pod kolanami” – wspominał ks. Jan, który księdzem został w 1960 roku, mając 23 lata. A swój „miesiąc miodowy” przeżył w Rogowie Opolskim, gdzie przez 6 tygodni wakacji, po podpowiedzi ks. Duszy, duszpasterzował za proboszcza, który wyjechał na stałe do Niemiec. – Na rękach mnie tam prawie nosili, kiedy starego i schorowanego księdza zastąpił młody, pełen zapału – uśmiechał się.


    Epizod zabrzański i epoka raciborska


    – Potem poszedłem do Zabrza, do wielkiej parafii św. Anny, gdzie człowiek był małym pionkiem. Tam dostałem swoją lekcję pokory – podkreślał ks. Szywalski. I tłumaczył, że pytanie ówczesnego zabrzańskiego proboszcza, ks. Franciszka Pieruszki o to, który wikary pójdzie na kurs dla duszpasterzy głuchoniemych, ukierunkowało całe jego kapłańskie posługiwanie.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół