• facebook
  • rss
  • Opowieści z Rakki

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 47/2016

    dodane 17.11.2016 00:00

    Siostra Brygida Maniurka opowiada o spotkaniach z chrześcijanami, którzy żyją pod władzą tzw. Państwa Islamskiego.

    Meryem uciekła z Rakki do Kamiszli. Dowiedziała się, że tu jestem, więc chciała mi opowiedzieć, co tam przeżyli – mówi s. Brygida Maniurka, opolska misjonarka w Syrii. Ta nazwa – Rakka – brzmi złowrogo. To stolica i twierdza tzw. Państwa Islamskiego (ISIS lub po arabsku Daesh). Siostra Brygida była ostatnio przez kilka tygodni w tamtej, północnowschodniej części Syrii – w Malkije, Hassake i Kamiszli, gdzie spotykała wielu chrześcijan chaldejskich, syryjskokatolickich i syryjskoprawosławnych, którzy znaleźli się pod władzą Daesh. Przed laty mieszkała i pracowała w Hassake i w Rakce, robiła tam pionierską robotę – zakładała ośrodki dla niepełnosprawnych. Opowiada „Gościowi Opolskiemu” o tym, co przeżyli i nadal przeżywają jej syryjscy znajomi i przyjaciele, których miała okazję ponownie spotkać.

    – Brat Meryem ze strachu wyparł się Jezusa, a potem na tydzień zamknął się w pokoju i płakał. Nie chciał nikogo widzieć. Mimo że bliscy pocieszali go, że był pod przymusem, a nie mówił z przekonania, więc to nie jest ważne – opowiada siostra.

    Jakby ktoś inny za niego cierpiał

    Syn Samira był torturowany, bo nie chciał przejść na islam. Opowiadał potem, że w czasie tortur nie czuł bólu, ale wydawało mu się, jakby ktoś inny za niego cierpiał. Miał świadomość, że to Chrystus – mówi misjonarka. Życie w Rakce wygląda jak koszmar. Z rodzin chrześcijańskich w mieście pozostali głównie mężczyźni, żeby pilnować domów. Niezamieszkane domy są konfiskowane. Kobiety na ulicy nie mogą pokazać ani skrawka odsłoniętego ciała. Jeśli widoczne są oczy, dłoń czy włosy – czeka je chłosta. Chłostą karane jest każde najdrobniejsze wykroczenie przeciw prawu wprowadzonemu przez tzw. Państwo Islamskie, np. palenie papierosów czy posiadanie telewizora. Za kradzież obcinają rękę. – Kto krytykuje islam lub prawo Państwa Islamskiego, jest krzyżowany albo ścinają mu głowę – relacjonuje siostra Brygida, franciszkanka misjonarka Maryi (FMM). – Gdy ISIS weszło do miasta, pozabierali chrześcijanom Biblie i wszelkie książki religijne, a potem spalili je na stosie w centrum miasta. Kościół pomalowali na czarno i zamienili na więzienie. Chrześcijanie byli tym zszokowani, płakali. Muzułmańscy sąsiedzi wyrażali im współczucie, a nawet zorganizowali manifestację solidarności z chrześcijanami – opowiada. W szkołach Rakki i miejscowości pod władzą ISIS uczą tylko Koranu. Czytanie innych książek jest zabronione. Dziewczęta w ogóle nie mogą się uczyć. Nie wolno mieć telefonu. Do rozmów telefonicznych służą wyznaczone miejsca, w których mieszkańcy Rakki mogą pod ścisłą kontrolą korzystać z aplikacji Whatsapp. – Gdyby z rozmowy wyniknęło, że na przykład rodzice rozmawiają z córką, która studiuje w mieście poza Państwem Islamskim, zostaną uwięzieni. Dlatego nauczyli się porozumiewać za pomocą kodów – dodaje siostra. – Rakka stała się stolicą ISIS, ponieważ tam było najwięcej w Syrii zwolenników wprowadzenia radykalnego islamskiego prawa. Wielu tam witało ISIS z radością. Ale teraz nawet muzułmanie w Rakce mają już dość dżihadystów, kiedy widzą, jak okrutne są ich rządy – tłumaczy s. Brygida. Kiedy ISIS opanowało Rakkę, zebrano razem chrześcijańskich mężczyzn i młody Brytyjczyk, który wcześniej był chrześcijaninem, namawiał ich do przejścia na islam. – Chrześcijanie odpowiedzieli, że mają swoją religię i innej nie potrzebują, a jeśli nie mogą pozostać chrześcijanami na terenie Państwa Islamskiego, to opuszczą miasto. Pozwolono im zostać pod warunkiem płacenia specjalnego podatku od niewiernych. Jeśli po wejściu ISIS chcieli opuścić Rakkę, dostali na to kilka godzin. Nic nie zdążyli wziąć ze sobą, bo trwały walki i bombardowania – opowiada nasza misjonarka.

    Z Aleppo do Dżazire

    Siostra Brygida Maniurka pochodzi z Łagiewnik Małych koło Dobrodzienia. Od ponad 20 lat pracuje w Syrii: w Homs, Hassake, w Rakka. Po pobycie na placówce w Rakce została ekonomką bliskowschodniej prowincji swojego zgromadzenia i mieszkała wtedy w stolicy Jordanii – Ammanie. Wróciła do Syrii latem tego roku – do klasztoru w Aleppo. Mieszka tam razem z czterema innymi siostrami, w tym Polką, siostrą Urszulą. Stamtąd na prośbę Kościoła chaldejskiego wraz z dwoma siostrami – Włoszką i Libanką – poleciała samolotem (drogą lądową nie było to możliwe) na północ Syrii prowadzić formację dla młodych katechetów. – Z tego terenu między Eufratem i Tygrysem, nazywanego Dżazire (arab. wyspa), wyemigrowało bardzo wielu chrześcijan, a także muzułmanów i Kurdów. Brakuje katechetów, którzy mają dłuższą formację. Przyjechałyśmy też, by odwiedzić rodziny. Ludzie bardzo potrzebują, żeby ich wysłuchać, podtrzymywać na duchu. Są bardzo załamani – mówi s. Brygida w rozmowie telefonicznej z Hassake. Tamtejszy dawny dom sióstr to mieszkanie w czteropiętrowym bloku. Cały blok jest teraz pusty, wszyscy wyjechali. Podobnie jest w blokach sąsiednich. Siostry mogły zamieszkać w swoim dawnym domu. Mieszkańcy chcą, żeby franciszkanki wróciły na stałe do Hassake. – Niestety, brakuje nam sióstr, a musimy przede wszystkim być w naszych wielkich klasztorach w Aleppo, Damaszku, Jerozolimie czy Kairze – mówi s. Brygida. Sytuacja w samym Hassake daleka jest jeszcze od stabilizacji. Wciąż zdarzają się wybuchy. – Niektóre tereny kontroluje rząd, inne Kurdowie, działają oddziały samoobrony utworzone przez Kościół syriacki czy chaldejski. Żołnierze różnych ugrupowań cały czas są na ulicach, patrolują, kontrolują samochody, czasem nawet co kilkadziesiąt metrów są posterunki pod różnymi flagami – opowiada polska misjonarka. W mieście prąd jest przez godzinę rano, godzinę po południu i wieczorem. Woda – przez kilka godzin w tygodniu. – Ludzie są bardzo przygnębieni, wciąż stąd uciekają. Wczoraj była Msza św. za pięciu członków jednej rodziny, którzy utonęli w Morzu Śródziemnym. Nawet ich ciał nie wyłowiono. Ludzie chcą emigrować tylko ze względu na przyszłość dzieci. Bo nie wiadomo, jak długo wojna jeszcze potrwa i co będzie po niej: czy nie będzie krwawego konfliktu między Kurdami a państwem syryjskim – opowiada siostra Brygida.

    Nie wyparł się Go przed plutonem egzekucyjnym

    W Hassake siostra spotkała swoją przyjaciółkę Caroline Hazkour i jej rodzinę: męża Martina, córkę Josephine, synów Tommiego i Charbela. Ich historia jest niesamowita. Ojciec rodziny i troje dzieci dokładnie przez rok (od 22 lutego 2015 do 22 lutego 2016) byli w niewoli ISIS. Martin, wywieziony z celi na pustynię z pięcioma towarzyszami, klęczał już – ubrany w pomarańczowy kombinezon dla skazańców – przed plutonem egzekucyjnym. Przed nim leżało trzech zastrzelonych kolegów. Wiary się jednak nie wyparł. Dżihadyści poprzestali na zamordowaniu trzech, chcieli bowiem wymóc okup na rodzinach tych, którzy przeżyli. Heroizm wiary w niewoli zachowały dzieci, podtrzymywane na duchu przez ojca. Zabrano im nawet krzyżyki, które mieli przy sobie. Groźbami i obietnicami uwolnienia zmuszano do przejścia na islam. A oni z pestek oliwek, które jedli, zrobili różańce. – Nie ugięli się, choć codziennie spodziewali się, że może przyjść ich kolej na egzekucję. To wspaniała rodzina. Mówią, że ten rok w niewoli ISIS był egzaminem ich wiary, a wszystko, co wcześniej o niej opowiadali innym, to były puste słowa – relacjonuje s. Brygida Maniurka. W czasie rozłąki małżonkowie dali świadectwo swojej miłości. Martin codziennie pisał listy do żony, choć nie mógł ich wysyłać. Caroline kupowała ubrania dla męża i dzieci na każdą mijając porę roku. Bo przed uprowadzeniem uciekli z domu przed bojownikami ISIS, niczego nie zabierając ze sobą. – Ludzie widząc to, mówili: „Caroline, jesteś szalona” – opowiada s. Brygida. Caroline jest szefową Caritas w Hassake i udziela pomocy wszystkim, także muzułmanom. – Możliwe, że mężowie kobiet, które przychodziły po pomoc do Caritas, więzili mojego męża. Jednak nigdy z tak głęboką świadomością nie służyłam ludziom – opowiadała s. Brygidzie. Martin po uwolnieniu i powrocie do domu chciał chwycić za broń, zemścić się. – Ale potem porzucił myśl o zabijaniu i postanowił, że będzie walczył inaczej. Chce dawać świadectwo, jak wiara w Chrystusa pomogła mu przetrwać ten okres, a także w czasie porwania odpowiadać łagodnie i uprzejmie na ataki porywaczy. Mówi: „Jakbym sięgnął po broń, byłbym jak oni, będę zwalczał ich świadectwem” – opowiada opolska misjonarka i dodaje, że w Syrii jest jeszcze wiele osób porwanych, o których losie nic nie wiadomo. Caroline i Martin zostali zaproszeni do Watykanu, gdzie opowiadali swoją historię, a 4 listopada wieczorem spotkali się z papieżem Franciszkiem. – Codziennie słyszę tyle świadectw osób, które spotykam, że już czasami z trudem to niosę… – mówi mi s. Brygida. Kiedy piszę te słowa, siostra wraca właśnie do Aleppo.• PS. Imiona mieszkańców Rakki ze względów bezpieczeństwa zostały zmienione.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół