• facebook
  • rss
  • Chłopak pojechał po sprite’a

    Andrzej Kerner

    |

    Gość Opolski 10/2017

    dodane 09.03.2017 00:00

    Studentka Politechniki Opolskiej znów wyjedzie na misje do Kenii. Więcej tam otrzymała, niż sama mogła dać.

    Ani przez sekundę nie wahałam się, czy pojechać drugi raz. Nie mam żadnych obaw. Także tutaj, w Polsce, ktoś może wybiec na mnie z nożem i mnie zamordować. Niebezpieczeństwa czyhają nie tylko na misjach – mówi Monika Jamer, studentka fizjoterapii na Politechnice Opolskiej, która w ubiegłym roku była na tzw. stażu misyjnym w Kenii, obecnie przygotowuje się do wyjazdu na trzy miesiące, a za rok planuje podpisanie dwuletniego kontraktu misyjnego. Poznałem ją w grudniu ubiegłego roku, kiedy otrzymała „Żar Serca” – nagrodę jezuickiego duszpasterstwa akademickiego. Teraz spotykamy się ponownie, półtora miesiąca po zamordowaniu wolontariuszki misyjnej Heleny Kmieć, i dlatego zaczynam od pytania o obawy. Monika Jamer od grudnia nie straciła nic ze swego zaraźliwego entuzjazmu i pozytywnego nastawienia do ludzi i świata.

    W błocie i deszczu motorkiem po fantę

    – Jadąc do Kenii, myślałam, że dużo im dam, że przyniosę pomoc. A tak naprawdę więcej sama zyskałam, niż mogłam dać i pomóc – powtarza Monika Jamer. Uderzyła ją radość mieszkańców kenijskich wiosek czy Nairobi, którzy cieszyli się z samego spotkania z młodymi wolontariuszami z Polski.

    – Dla nich fajne było to, że przyjeżdżają do nich osoby świeckie i chcą pomagać. Bo ksiądz czy siostra zakonna już na samym starcie poświęcają życie Bogu i to, że wyjeżdżają na misje, nie jest aż tak wielkim poświęceniem. Dlatego tak cieszyli się ze spotkań z nami. Bo przecież moglibyśmy sobie w Europie zarabiać pieniądze i żyć spokojnie, ale zdecydowaliśmy się być z nimi, w o wiele gorszych warunkach – tłumaczy opolska studentka. Była zaskoczona wielką gościnnością i otwartością, z jaką przyjmowali ich ludzie z plemion Pokot i Turkana czy mieszkańcy slumsów stolicy Kenii. – Oni byli naprawdę szczęśliwi, że chcemy z nimi się spotkać, porozmawiać. Zawsze dawali nam do jedzenia więcej, niż sami mają, często kurczaki, które jedzą tylko od święta. Kiedyś przyszliśmy do kobiety, która zaprosiła nas na poczęstunek po Mszy. Ale była wielka ulewa i Msza pod drzewem trwała tylko 50 minut, a nie trzy godziny jak zwykle. Kobieta zaczęła prawie rozpaczać, że nie ma nas czym ugościć, bo dopiero przygotowuje posiłek. Więc wysłała syna po fantę i sprite’a. Pojechał 30 kilometrów w deszczu i błocie na swoim motorku, żeby miała nas czym poczęstować, zanim ugotuje obiad. To było wzruszające – wspomina Monika. Podczas ubiegłorocznego pobytu w Kenii i Ugandzie razem z innymi młodymi ludźmi z Ruchu Świeckich Misjonarzy Kombonianów odwiedziła wiele miejsc prowadzonych przez misjonarzy kombonianów i Misjonarki Miłości: ośrodki misyjne, szkoły, ośrodki zdrowia, centra pomocy chorym na AIDS i dzieciom ulicy. – Uderzające było, że chłopcy z ulicy: dziesięciolatkowie czy nastolatkowie, którzy jeszcze niedawno kradli czy zabijali, mają wielkie marzenia. Jeden mówił, że chce być prawnikiem, inny lekarzem. A tam jest to bez porównania trudniejsze niż u nas – podkreśla świecka misjonarka.

    Najtrudniej powiedzieć rodzicom

    Przygotowania do pierwszego wyjazdu trwały dwa lata. Finansowo w wyjeździe dużo pomogła uczelnia. Formacyjnie – comiesięczne, weekendowe spotkania świeckich misjonarzy kombonianów w Krakowie, składające się z wielu zajęć: modlitwy, medytacji, warsztatów, spotkań, działań na ulicach, np. pomocy bezdomnym. – Najtrudniej jednak było powiedzieć o planach wyjazdu rodzicom – przyznaje Monika Jamer. Co ciekawe, o wyjeździe na misje zaczęła myśleć już w gimnazjum, pod wpływem zaprzyjaźnionego z rodziną ks. Łukasza Niemca, który wyjechał na misje do Kazachstanu i goszcząc w domu Jamerów, opowiadał o swojej pracy.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół