• facebook
  • rss
  • Teologia kolędy

    Ks. Tomasz Horak

    dodane 30.12.2017 09:00

    Budowania kontaktów na linii duszpasterz - parafianie nie można zacieśnić do kolędy

    24 x 6 x 60 x 3, teraz to dzielimy przez 7000. Co daje 3,7. Nie, nie damy rady. Musi być przynajmniej 5 minut. Tak gdzieś przed laty czterdziestu zaczynaliśmy w trójkę wikarych przygotowywać plan kolędy.

    24 to dni. Sześć godzin dziennie razy 60 - to są minuty. Trzech wikarych (proboszcz nie „chodził” po kolędzie). 7000 to kartotekowa liczba rodzin definiowanych formułą: rodzina jest tam, gdzie się kropi.

    Niecałe cztery minuty na jedną rodzinę to mało. Choć znałem księdza, który 90 mieszkań w bloku oblatywał w cztery godziny. Z przejściami, krótkimi, jak to w bloku. Ile minut na rodzinę?

    Jak więc konstruować plan? Więcej godzin dziennie? Dłużej, aż do końca stycznia? Albo już od Adwentu? Manipulacje liczbą godzin czy dni dawały „zyski” rzędu jednej do dwóch minut.

    Liczba księży stanowi w tym równaniu constans (choć niekoniecznie, można wynająć emeryta albo zakonnika). Może więc kolęda jest absurdem? W ogromnych parafiach ociera się o absurd.

    Mimo to jest potrzebna. W niewielkich parafiach problem owych minut na rodzinę albo nie istnieje, albo nie stwarza istotnej trudności. A poza tym w takich parafiach kontakt duszpasterza z wiernymi jest z natury rzeczy łatwiejszy i żywszy. Po prostu jest. I tu dochodzimy do sedna rzeczy: kontakt duszpasterza z parafianami.

    Bo nie można uprościć znaczenia kolędy do powierzchownej warstwy modlitewnej - pobłogosławienia domu i rodziny. Przecież modlitwa chrześcijan powinna wspierać się na fundamencie wspólnoty. Dlatego wchodząc do domu powtarzam słowa Jezusa: „gdzie dwaj albo trzej są zebrani w imię moje” - a ministranci kończą: „tam Ja jestem pośród nich”.

    Nie wystarczy cała teologiczna nadbudowa, jeśli nie będzie ludzkiego fundamentu wyrażonego słowem „zebrani”. Grecki oryginał mocniej wyraża bycie razem - nie oznacza ono przypadkowości tegoż zebrania się, jak chociażby dwóch albo trzech osób w windzie. Zatem dopiero wtedy, gdy w ludzkiej warstwie jesteśmy razem, może zadziałać ów - jakże wymowny - element teologiczny. Razem w imię Jezusa.

    Innymi słowy, jeśli ksiądz i domownicy są sobie obcy w czysto ludzkiej perspektywie, modlitwa błogosławieństwa jakby zawisa w próżni. Dlatego stary obyczaj każe kolędę śpiewać. I to nie jedną zwrotkę z najkrótszym refrenem. Śpiew budzi owo „bycie razem”. Tylko jeśli nie umiemy? Kolęda z odtwarzacza? No, nieee...

    A jeśli już osiągnęliśmy to minimum bycia razem, jeśli przywołaliśmy obecność Pana do naszego grona, to jak? Zaraz się rozejść? Jezus tutaj już jest, to ja sobie idę, bo czas goni?

    Teraz jest sposobna chwila, aby kontakt duszpasterza z parafianami stał się „wcieleniem”. Użyłem wielkiego słowa chrześcijańskiej teologii. Wcielenie to zejście Boga w nasz świat i przyjęcie na siebie, w siebie tego wszystkiego, co ludzkie. „Grzech wyjąwszy” - zaznacza autor listu do Hebrajczyków. Tak i kolędowa rozmowa powinna być zejściem w sprawy tych, do których w imię Jezusa przychodzi jego wysłannik.

    Zejście w czyjeś sprawy? To przede wszystkim wysłuchanie go. Nie nawracanie, nie pouczanie, nie moralizowanie. Jest to potrzebne nawet z psychologicznego punktu widzenia. Bo jeśli parafianie zapamiętają księdza jako umiejącego i chcącego ich słuchać, to w razie zaistnienia trudnej sytuacji będą gotowi pójść, zadzwonić, na Facebooku się odezwać. To z moich kolędowych doświadczeń wynika.

    No tak, powie ktoś uszczypliwie, a na koniec koperta z załącznikiem. Nie róbmy z tego problemu.

    Każdy dorosły człowiek wie, że trzeba utrzymać na przykład telefoniczne bądź internetowe łącze (na drucie czy bezprzewodowe), przyłącze energetyczne (gazowe lub elektryczne), domofon, otwieraną pilotem bramę i nie tylko. Policjanta i nauczyciela oraz całą resztę potrzebnych nam ludzi utrzymujemy wcale nie małymi podatkami. Księdza, kościół i wszystko wokół tego - wedle tradycji i własnego uznania. Ta instytucja działa zresztą sprawniej i taniej niż agendy państwowe. Dlatego kolędowej koperty (z załącznikiem) ani się boję, ani wstydzę. I niech ona nie przesłania tego, co istotne.

    Budowania kontaktów na linii duszpasterz - parafianie nie można zacieśnić do kolędy. Choć wydaje mi się, że ów obyczaj zbyt długo nie przetrwa. Jest jednak sporo innych okazji, by domy parafian nawiedzać, obecność Pana przyzywać, w ludzkie sprawy wchodzić.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Stefan1
      30.12.2017 15:24
      Kolęda to okres gdy często mężczyźni mówią różnie o tych nawiedzinach. Wiadomo, u jednego szafa u innego piwnica a u jeszcze innego spacerek. Ja wspominam kolędy zgoła inaczej. Zawsze dla mnie była stresem. Za dziecka - bo wcześniej "kazania " rodziców jak się zachowywać, ubrać się na "glanc" by potem znów się przebierać. Potem ksiądz/proboszcz wieczne pretensje że mój bracik to taki a ty nawet z ministrantury zrezygnowałeś. W latach studenckich byłem raczej nieobecny a potem? Potem żona decydowała a ja znów jak za dziecka musiałem się przebierać. Śmiech ! Był jednak okres gdy mieszkaliśmy w Niemczech. A tam "kolęda" była ....... kolędą, prawdziwym nawiedzeniem rodziny. Tam należało zaprosić księdza z kolędnikami do domu osobiście, na probostwie. Ksiądz Mixa ( Miksa) Polak od 30 lat na probostwie w Datteln chętnie nawiedzał rodaków ze Śląska. Do nas dojeżdżał ponad 20 km ale za to cały wieczór był nasz i kolędników a na śpiewy kolęd nawet oschli Niemcy się wpraszali. Teraz w kraju kolęda jest jak ksiądz Horak pisze - 5 minut, koperta i .....następny dom. Czasem zastanawiam się czy warto porównując do tych Niemieckich. A czasem myślę że to zbędne skoro kilka razy w miesiącu odwiedza mnie inny kapłan?
      doceń 28
    • TomaszL
      30.12.2017 16:22
      W mojej skromnej ocenie to nie kolęda (wizyta duszpasterska) jest problemem, ale udział mieszkańców w życiu parafii.

      Jak ktoś swą parafię traktuje jak punkt usług duchowych, to spotkanie nawet to kilkuminutowe będzie wręcz katorgą.
      Jak ktoś uczestniczy w życiu parafialnym, to takie spotkanie "po kolędzie" jest zawsze sympatyczne i oczekiwane.

      Ale są też inne sytuacje i ja ze swej młodości pamiętam ze przez wiele lat kolęda była w sumie jedynym łącznikiem z parafią zamieszkania, bo zdecydowanie bardziej byliśmy związani z parafią szkoły podstawowej, do której z bratem uczęszczaliśmy.
      doceń 17
    • Stefan1
      03.01.2018 19:00
      Korzystając że felieton ks. Horaka jeszcze jest widoczny chcę dodać wrażenia z kolędy mego znajomego. Mieszka on co prawda w Dąbrowie Górniczej a więc poza moją parafią i diecezją lecz jest dobrym przykładem jak na kolędzie Narodzenie Jezusa schodzi na dalszy plan. A więc przywiózł mi znajomy "ulotkę" - czy jak to nazwać - z nagłówkiem "Drodzy Diecezjanie". Dalszy ciąg raczej nie ma nic wspólnego z Narodzeniem Pana a raczej jest to Agitka , Apel czy wręcz propaganda polityczna. Bo oto biskup sosnowiecki Kaszak zaprasza, wzywa do udziału w "patriotycznych obchodach" niepodległości Polski kończąc słowami -" .....Gorąco "zachęcam do śpiewania polskich pieśni patriotycznych.........". Jest tego sporo w całej ulotce i zero o religii, o Bożym Synu który właśnie się narodził by zbawić LUD.
    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół