GN 32/2018 Archiwum

W drodze

Annogórskie sanktuarium z niezwykłą mocą przyciąga pielgrzymów.

Franciszek Klosa intonuje: „Niech się co chce ze mną dzieje, w Tobie, święta Anno mam nadzieję”. I dodaje: – Tak zawsze śpiewała moja mama, babcia i ja też. Dlatego nie boję się pielgrzymować sam – mówi siedemdziesięcioczterolatek. Mieszka na stałe za granicą, ale dwa razy w roku przyjeżdża do rodzinnej Ligoty Prószkowskiej, by wędrować na Górę Świętej Anny.

Góra bliska sercu

– Na Annaberg jeździłem od zawsze. Moja babcia i mama nosiły imię Anna, więc zawsze na odpusty namawiały ojca, by udać się tam z pielgrzymką. Ojciec szykował wtedy wóz, tzw. baloniok, zaprzęgał do niego dwa konie i o wpół do trzeciej nad ranem wyjeżdżaliśmy – wspomina pan Franciszek. U celu była Msza św. i przejście drogami kalwaryjskimi. Odkąd jego kuzyn, też z Ligoty, o. Fidelis Klosa został tam franciszkaninem, był kolejny powód do odwiedzin. Potem jeździł tam rowerem jako ministrant, a z czasem samochodem, zabierając mamę, babcię czy ciotki.

Raz, gdy w trasie zerwał im się pasek klinowy, dotarli, bo jedna z kobiet użyczyła zamiast niego swojej pończochy. W latach 70. jak wielu innych wyjechał na Zachód. Do Polski zawitał dopiero po 15 latach. Odtąd, odwiedzając rodzinę, zawsze jeździł na Górę Ufnej Modlitwy. Tam też czcili okrągły jubileusz, gdy mama obchodziła 90., Franciszek 60. a jego córka 30. rocznicę urodzin.

Powrót do źródeł

Franciszek Klosa mówi, że najlepsza droga do zdrowia to droga piesza. Po tym, jak przeszedł 900 km szlakiem św. Jakuba, skończyły się jego problemy zdrowotne. – W 2012 roku, po lekturze wspomnień z wędrówki zdecydowałem, że spróbuję. Cała rodzina mi to odradzała – opowiada. Do wyprawy solidnie się przygotował a potem zostawił rodzinie mapę i codziennie informował ich, gdzie dotarł. Po powrocie spisał wspomnienia. Zostaną wkrótce wydane. – Po tej Hiszpanii postanowiłem, że tak jak dawniej, pójdę pieszo do świętej Anny. Dotarłem tam w 10 godzin. Przenocowałem w Domu Pielgrzyma i następnego dnia wróciłem. I odtąd robię tak dwa razy w roku, wiosną po Wielkanocy i jesienią, na św. Franciszka – mówi piechur. Po drodze dziękuje Bogu za łaski i zdrowie albo śpiewa jakąś pieśń. Robi też przystanek przy kapliczce na tzw. Krapkowionce. Na górze św. Anny najpierw idzie do bazyliki się pomodlić, potem na grób kuzyna, o. Fidelisa, zawsze zamawia tam też Mszę św. – Póki zdrowie pozwala, póty będę tam chodził – podsumowuje Franciszek Klosa. Więcej na temat pielgrzyma na www.opole.gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma