GN 32/2018 Archiwum

Śląskie serca

Ludzie. Joł znołdłach już pomnik i teraz banda szukać, jak przijada nazod, eli oni som do nos jakoł familia – to słyszało się najczęściej od potomków śląskich emigrantów.

Przyjechali z Teksasu, aby szukać korzeni, odwiedzić miejsca związane z historią ich rodzin, odnaleźć dalekich krewnych. Ich przodkowie wyjechali tam prawie 160 lat temu ze śląskiej ziemi, by poprawić los swoich rodzin. Do wyjazdu za ocean zachęcił ich o. Leopold Moczygemba, franciszkanin, który pochodził z Płużnicy Wielkiej koło Strzelec Opolskich.

Śląsk w Teksasie

– Moi przodkowie, przołciestwo (pokrewieństwo) z Leopoldem Moczygembą przyjechali do Panna Maria. Rodziny od mojego chłopa, Dyla i Kaczmarek, osiedliły się w St. Hedwig, ok. 75 km dalej. Śląskiej mowy dzieci uczyły się od „starzików”, kaj ich brakło, przekaz pokoleniowy się urywał, wspomnienia znikały – mówi Laura Krawietz-Dylla. Przybysze skupili się w kilku założonych przez siebie osadach: Panna Maria, Kosciusko, Cestohova, St. Hedwig (Św. Jadwiga). Choć teraz żyje już czwarte lub piąte pokolenie, przekazują sobie opowieści o ziemi przodków, przepisy i śląską mowę. Wciąż można tam usłyszeć swojsko brzmiące nazwiska Nocon, Pyka, Polok, Moczygemba, Jarzombek czy Mikosz. Gwara, której używają, nieco archaiczna, bez naleciałości niemieckich i polskich, z charakterystyczną budową zdań, jest przepiękna.

– Moj stari starzik i starka prziszli stond, ze Ślonska. Ona była Polok z domu, a on Butter. Jo mojej starej starki nie pamientom, ale mama a ciotki rzondzili dość, jako to było w Europie. Moja dziołcha tyż trocha umie po polsku, ale barzi poradzi śpiewać, bo gro na organach, a momy polskiego księdza. Tu jest wszystko ogromnie pieknie. Pojeździlimy po wielkich miastach, a potym father Frank nas poobwozioł po tych wioskach, tu i dobrze, bo wiencyj widać, chałupy, kwiotka, stromy– dzieli się wrażeniami jedna uczestniczka. Father Frank, czyli ks. Franciszek Kurzaj, to pochodzący ze Sławięcic kapłan, który został wysłany do Ameryki przez abp. Alfonsa Nossola. Od 1989 r. przywozi grupy teksańskich Ślązaków w te strony, by pomóc im odkryć swoje korzenie. – W tym roku jesteśmy trochę wcześniej, bo chcieliśmy być na beatyfikacji sióstr Małgorzaty Szewczyk i Zofii Czeskiej. U nas w zakładach prowadzonych przez serafitki jest wiele starszych osób stąd pochodzących. Większość grupy ma przodków na Śląsku, inni chcieli poznać kraj bł. Jana Pawła II. Jak oni są tutaj w Polsce, to ja chcę im pokazać ich dom, miejscowość, z której wywodzą się ich przodkowie – mówi.

U źródeł

Podczas dwutygodniowej wyprawy odwiedzają zwykle ważne miasta w Polsce: Kraków, Oświęcim, Częstochowa, Warszawę lub Zakopane, jakieś inne europejskie miasto: Lizbonę, Pragę, Berlin,  w tym roku Fatimę, a potem jadą na Śląsk. Odwiedzają Górę Świętej Anny, potem jest Kamień Śląski, Opole, obowiązkowo Płużnica Wielka i miejscowości, skąd pochodzą. Tam płyną opowieści. – Moja babcia, z domu Gorzelik, pochodziła z Nowego Yorku. Wyszła za dziadka, Hajduka z Teksasu. Ojciec nosił nazwisko Anderwald i pochodził tu, z Kadłuba. Znaleźliśmy już wiele znajomych nazwisk na cmentarzach, ale nie wiemy, kto to był. Z rodzinnych historii wiem, że mój przodek wsiadł na statek w Niemczech, nie płacąc za przejazd. Złapano go już w trakcie podróży i po wylądowaniu musiał odpracować to przez dwa lata, dopiero potem dotarł do Teksasu. Przyjechał więc tu nielegalnie – opowiada Carolyn Rapstine. – Rodzice nie nauczyli nas polskiego, czego teraz żałuję, ale śpiewamy po polsku kolędy i pieśni kościelne, kultywujemy tradycje, robimy polskie potrawy. – Wiele razy zastanawiałam się, dlaczego oni stąd wyjechali. Tu jest pięknie, zielono, są pagórki, podczas gdy u nas jest płasko – dodaje jej wnuczka. Najważniejsze podczas pobytu na Śląsku są odwiedziny cmentarzy i kościołów. Po wejściu do świątyni rozglądają się ciekawie, uwieczniając na zdjęciach co tylko się da. Jednak po chwili stają w skupieniu i intonują „Serdeczna Matko” bądź odmawiają po angielsku „Ojcze nasz”. Najbardziej wzruszają się, słysząc polskie kolędy, które tam, w Teksasie, często są śpiewane w domach opieki, a także podczas pogrzebów. Mocno obfotografowane „na pamiątkę” zostają tradycyjne potrawy, pola z łanami zbóż i nagrobki. Podczas czasu wolnego najbardziej oblegany prócz Cepelii jest sklep z firanami. – Kupiłam kroszonkę i powieszę ją w domu na choinkę. Wiem, że to wielkanocna tradycja, ale to pochodzi z Polski – słychać w autobusie. Osiemnastolatka Elizabeth Rapstine zabierze stąd jako pamiątkę koronkowy materiał na welon. Jej siostra podczas pobytu tu nie kupiła go, a potem żałowała, jak wychodziła za mąż. Na pytanie, kiedy ślub, śmieje się – Najpierw muszę znaleźć męża, może też tu, na Śląsku, ale welon będę już miała.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma