GN 42/2020 Archiwum

Hej kolęda, kolęda!

Odwiedziny duszpasterskie. „Pokój temu domowi” – mówi kapłan, wchodząc do kolejnego domu. „I wszystkim jego mieszkańcom” – dopowiadają ministranci. Chwila modlitwy, krótka rozmowa i trzeba iść dalej, bo inni czekają. Jednak nie zawsze bywa tak spokojnie.

Jadąc przez wioski o tej porze roku można dokonać ciekawej obserwacji. Niby nic – otwarta furtka zachęca do wejścia, a przy niej lub na ganku kręci się niecierpliwie lub też spogląda w tym samym kierunku odświętnie ubrana męska postać. Jeśli jednak taki widok jest niemal przed każdym domem, to pewny znak, że trwa właśnie kolęda. Wkrótce z któregoś mieszkania wymaszerują dziarsko ministranci, a w ślad za nimi podąży ksiądz. – Z dzieciństwa pamiętam, że przygotowania do kolędy trwały od rana: trzeba było zamieść podwórko lub odśnieżyć ścieżkę, wytrzeć korytarz, ustawić domowy ołtarz na stole: biały obrus, krzyż, świece.

Po wczesnej stracie ojca mnie przypadła rola, by oczekiwać proboszcza u furtki i wprowadzić w dom, bo to było zadanie gospodarza – opisuje ks. Jan Szywalski. Odwiedziny księdza to wydarzenie dla rodziny i domu, na który ze słowami „Boży pokój niech zstąpi na ten dom!” spływa błogosławieństwo. To okazja do modlitwy, rozmowy, podzielenia się zmartwieniami, radościami, przemyśleniami. Czasem jednak na tym spotkaniu rozgrywają się horrory i scenki komiczne.

Kolędowe dramaty

– Kiedyś w Radoszowach, u jednego gospodarza, przyszedłem na kolędę, klęknąłem i już chciałem rozpocząć modlitwę, a tu nagle pan domu przewrócił się. Myślałem, że potknął się o dywan, ale widzę, że się nie podnosi, że coś mu się stało. Gdy sąsiad dzwonił po pogotowie zacząłem robić sztuczne oddychanie. Po powrocie zmienił mnie, ja pobiegłem po oleje św. Przed przyjazdem karetki udzieliłem namaszczenia chorych. Przybyły lekarz stwierdził zgon. Do dziś, jak jestem w tej parafii, przypominam sobie tę kolędę – opowiada o najbardziej wstrząsającym wspomnieniu ks. Franciszek Brzenska. Nie tak smutne w zakończeniu, acz także dramatyczne zdarzenie przeżył ks. Józef Gacka. – Byłem u starszej pani. Po modlitwie rozmawiamy. Nagle patrzę, a stojąca między mną a drzwiami choinka zapaliła się cała od świeczek. Cofnąłem się, ale za plecami miałem piec. Płomień z drzewka szedł na mnie. Ugasiliśmy pożar, ale omal się nie upiekłem, gospodyni też poparzona. W innym mieszkaniu wchodzę, a tu czarny sufit, okna otwarte – sztuczna choinka zapaliła się tuż przed moim przybyciem – opowiada dziś już z uśmiechem.

W PRL-u

Do anegdotek przeszło wiele opowieści z odwiedzin duszpasterskich w czasach komunistycznych i stanu wojennego. – W Koźlu, idąc na kolędę do bloku, gdzie było ok. 30 rodzin, wziąłem plik kartotek. 25 minut później skończyliśmy, zaproszono nas tylko do 2 mieszkań. Potem przyjąłem system zaproszeń na kolędę, gdzie chętni się wpisywali. Zdarzało się jednak, że szliśmy do niezapisanych osób, bo otworzyli drzwi i nas zaprosili – wspomina ks. Alfons Schubert. Były też i przykre sytuacje, gdy rozzłoszczony mieszkaniec krzyczał na ministrantów, że hałasują na korytarzu. – To było w Opolu. Dzień wcześniej ministranci dowiadywali się, kto przyjmie kolędę. Na jednej z ulic, Katowickiej, zamieszkanej głównie przez wojskowych, były to pojedyncze osoby. W jednym z zaznaczonych mieszkań zdziwienie, ale zaproszono nas do środka, pomodliliśmy się. Później okazało się, że oni nie zamawiali kolędy, a gospodarz jest oficerem wojska polskiego. Gdy wyszliśmy, ich sąsiedzi z naprzeciwka zawołali „Do nas mieliście przyjść” – ministranci pomylili numery mieszkań. Ci sąsiedzi byli w szoku, że ten wojskowy, niesprzyjający katolikom, przyjął kolędę – opowiada ks. Gacka. Pozytywne zaskoczenie przeżył też ks. Tomasz Horak. – Tuż po stanie wojennym, w Nysie, byłem na kolędzie w bloku zamieszkałym przez samych wojskowych – 11 pięter, 3 klatki, prawie 100 mieszkań, ale kolędę przyjmowali nieliczni, więc zwykle szło szybko i pomagałem jeszcze koledze na innej ulicy. Zawsze wjeżdżaliśmy windą na górę i schodząc pukało się do mieszkań. A tu tego roku jedno, drugie, trzecie mieszkanie – wszędzie przyjmują kolędę. Po dwudziestu mieszkaniach pytam, co się stało, że wszyscy nas zapraszają? A gospodyni na to: „A ksiądz nie zauważył?”. „Czego?” – pytam. „A że same kobiety są, nie licząc mężczyzn z orkiestry? Pozostali pojechali wczoraj na poligon”. Takie były czasy, ludzie się bali – dodaje ks. Horak.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama