Nowy numer 2/2021 Archiwum

Jaja cud!

Ofiarowywane są innym jako symbol życia, odradzania się i zmartwychwstania, gdy w kościołach rozlega się radosne „Alleluja! Jezus żyje!”.


Misterne, wydrapywane bądź malowane na barwnej skorupce wzory, jajka oklejane włóczką, ozdabiane wstążką, koralikami bądź makaronem. Każda kroszonka to godziny skupienia, wysiłku i serca włożone w wymyślenie i przeniesienie na jajko koronkowych ornamentów.


Łączy pokolenia


Najczęściej umiejętność robienia kroszonek bądź pisanek wynoszą z rodzinnego domu. Często radą służą też „przyszywane” ciocie.
– To już ma się we krwi, bo od dziecka się najpierw patrzyło, jak babcie i mamy robiły kroszonki.

Tym się żyje – uśmiecha się Gizela Hylla z Opola. – Nim nadejdzie Wielkanoc, już szykuje się nożyk, farby. Człowiek siada, zaczyna coś wydrapywać i wzory same przychodzą. Te kwiatki i inne motywy są proste. Przenosimy na skorupkę nasz sposób widzenia przyrody. Czasem wydrapuje się kaczuszkę, zajączka lub baranka, czasem nakleja wysuszone zioła – opowiada.
Wiele osób te umiejętności wykorzystuje w pracy, jeździ na konkursy.


– Nauczyłam się od ojca, bo mama nie umiała wydrapywać jajek. Za to ojciec i całe jego rodzeństwo tak – mówi Maria Rudzik z Osowca. – Jak otworzyli Cepelię, to robiłam tam kroszonki. Kiedyś, podczas delegacji w Lipsku, gdzie skrobaliśmy jajka i malowaliśmy porcelanę, dwóch policjantów stało przed nami, zastanawiając się, gdzie mamy szablony z wzorami. Wytłumaczyłyśmy, że w głowie. Dziś już córka i jeden wnuk wydrapują lepiej ode mnie – dodaje.


Do kroszonek siadają często całe rodziny, a umiejętności przechodzą z pokolenia na pokolenie. Nie wyobrażają sobie świąt wielkanocnych bez corocznego ich robienia.
– Zaczęłam jako dziecko, teraz skrobią też moje córki i wnuczki. Na lany poniedziałek musiały być pełne kosze kroszonek, bo były trzy dziołchy w domu. Już miesiąc wcześniej składało się te jajka – wspomina Elżbieta Pazur z Obrowca. Niedawno wzięła udział w konkursie zdobienia jaj w Bierkowicach. Przyjechała z córką siostry, Mariolą Blana, i jej synem oraz wnuczką Wioletą. Patryk Blana, jeden z nielicznych męskich „rodzynków”, śmieje się, że zamiast grać na komputerze, woli zrobić kroszonkę, a im więcej zajęć, tym lepsza organizacja pracy.
Takich rodzin wspólnie rozwijających tradycję w regionie jest sporo.


– To sama radość, zwłaszcza jeśli uda się przekazać umiejętności dzieciom czy wnukom. Z dziewczynami jest prościej, mnie udało się nauczyć syna. Teraz wprawdzie na nowej drodze życia zajęty jest czymś innym, ale takie pasje odkłada się tylko na jakiś czas – podsumowuje Gizela Hylla.


Spokój i wyciszenie


Dawniej wydrapywano pełne jajka, dziś wiele preferuje wydmuszki, farbuje je w tuszu, barwnikach.
 – Są lżejsze, nie trzeba ich gotować przez dwie godziny. Tylko na święta robi się kilka tradycyjnie, w cebulance – tłumaczy Jadwiga Kleman z Opola.
Wzorują się na widokówkach, podpatrują na konkursach, wymyślają same. Zdobią dla siebie, rodziny, znajomych, niektórzy zaczynają już w styczniu. Swoje dzieła wykonują najczęściej wieczorami.
 – Wyrywamy czas na takie zajęcia, najczęściej nocą. Po całym dniu pracy siada się i wydrapuje – opowiada Katarzyna Potocka z Opola. – Ja pochodzę ze Stanisławowa, tę tradycję poznałam już tutaj, w szkole. Zauważyłam u koleżanki Doroty (córki Marii Niestrój, znanej twórczyni ludowej) takie jajko i tak się zaczęła ta pasja. To bardzo fajne, że coś można robić razem z dziećmi, mieć z tego frajdę. Dzięki temu rozwija się i umacnia więzi rodzinne i kreatywność u dzieci, uczy samodyscypliny i organizacji czasu – wylicza Katarzyna Potocka.
Przy tym jest okazja do rozmowy, dzielenia się doświadczeniami.
 – Jest to piękna tradycja, ale przede wszystkim świetny sposób na odstresowanie. Trzeba spróbować, nie zrażać się na początku. Potem naprawdę to wciąga, tak że można się zapomnieć i zrelaksować – mówi Gizela Hylla.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama