GN 2/2021 Archiwum

Msza zawsze jest na żywo

Jubileusz. Opolska szkoła organistowska obchodzi w tym roku czterdziestolecie istnienia. Ta placówka to nie tylko nuty i instrumenty, ale przede wszystkim ludzie.

Jan Paweł II, będąc na Śląsku, zachwycał się gromkim i nabożnym śpiewem mieszkańców regionu. Jakość tego śpiewu i gry organowej od czterech dekad podnosi szkoła organistowska, obecnie funkcjonująca jako Diecezjalny Instytut Muzyki Kościelnej (DIMK).

Między chórem a zakrystią

Pomysł zorganizowania trzyletniego kursu organistowskiego zatwierdził w 1974 roku bp Antoni Adamiuk. Rozpoczęło go kilkadziesiąt osób, do końca wytrwało 6 osób. Do dyspozycji były tylko katedralny chór i zakrystia. Po roku za sprawą bp. Franciszka Jopa inicjatywa ta uzyskała status Ośrodka Kształcenia Organistów w Opolu, jednak utarła się nazwa „szkoła organistowska”. Jednym z założycieli i pierwszych nauczycieli był, uczący do tej pory, znany opolski organista Alfred Bączkowicz. – Było trudno. Lekcje z pianinem były w zakrystii, dopiero później przenieśliśmy się do domu katechetycznego. Cieszyliśmy się, gdy udało nam się zdobyć z kościoła w Zagwiździu fisharmonię napędzaną siłą mięśni i zamontować w niej silnik. Na początku prowadziliśmy tę szkołę z ks. Helmutem Sobeczką – wspomina wykładowca.

Potem szkołą kierowali: ks. Zygmunt Nabzdyk, Remigiusz Pośpiech i ks. Grzegorz Poźniak. Wspomnieć trzeba też starania ks. Jerzego Kowolika, ks. Wenancjusza Kądziołki i ks. Bogdana Kicingera. Wśród uczniów, którzy rozpoczęli wówczas naukę, była późniejsza żona A. Bączkowicza Beata oraz Józef Chudalla. Po latach wrócili do tej placówki jako nauczyciele i do dziś szkolą kolejne grupy organistów. Egzamin wstępny wspominają jednak do dziś. – Odbył się na chórze katedry. Dostaliśmy kartki i klęcząc w ławkach, na klęczniku, pisaliśmy to, co pan Bączkowicz grał na organach – opowiada Beata Bączkowicz. I dodaje: – Na pierwszych zajęciach, w jedynej sali, która była do naszej dyspozycji, siedzieliśmy ściśnięci jak śledzie. Potem przez jakiś czas zajęcia z chorału gregoriańskiego z ks. Kądziołką odbywały się na plebanii w jadalni. To był dobroduszny człowiek, ale przez krzaczaste brwi i okulary budził w nas respekt. – To był godny podziwu wyraz odwagi i dalekowzroczności, by mając takie warunki, rozpocząć takie dzieło – podkreśla ks. dr hab. Grzegorz Poźniak, obecny dyrektor DIMK. Lekcje praktyczne odbywały się w katedrze i w różnych parafiach pod okiem doświadczonych organistów. Z czasem dochodziły nowe sale, kolejne instrumenty. Najbardziej w jej wyposażeniu pomogła po 2000 roku Wyższa Szkoła Kościelna w Ratyzbonie z jej dyrektorem Martinem Kellhuberem. W 1981 roku studium organistowskie włączono do Diecezjalnego Instytutu Pastoralnego w Opolu na mocy dekretu bp. Alfonsa Nossola (od utworzenia Uniwersytetu Opolskiego funkcjonuje przy Wydziale Teologicznym). Od 1984 roku nazwę zmieniono na Studium Muzyki Kościelnej w Opolu, a w 2011 roku erygowano Diecezjalny Instytut Muzyki Kościelnej w Opolu.

Szlifowanie talentów

Wychowankami opolskiej szkoły organistowskiej są też inni młodzi wykładowcy – Gabriela Czurlok, Michał Blechinger czy Anna Szczędzina. – Ja ze studenckich czasów pamiętam pana Bączkowicza – chyba dlatego, że lubiłem harmonię. Oczywiście były rzeczy trudne. Przyszedłem jako organista grający już w Rudziczce, ale tutaj nauczyłem się bardzo dużo, zobaczyłem, jak można grać inaczej, piękniej. Warto nad tym pracować, bo ubogacamy przecież liturgię, muzyką prowadzimy ludzi do Boga – opowiada Michał Blechinger. Na studentów patrzy ze zrozumieniem, ale i świadomością, że bez ćwiczenia nie będzie efektów. Radzi im brać udział w koncertach, osłuchiwać się. Dawne czasy wspomina też Gabriela Czurlok. – Pamiętam, że kształcenie słuchu zawsze wywoływało u mnie stres, więc teraz, prowadząc ten przedmiot, staram się wprowadzać różne gry, bo wiem, że to trudne zagadnienia. W pamięci utkwił mi też wyjazd z koleżanką Krysią i panem Bączkowiczem na Słowację. Miałyśmy dać tam koncert z okazji poświęcenia nowych organów. Było miłe przyjęcie nas i rozmowy podczas jazdy – mówi. Zauważa, że wspólne wyjazdy, koncerty pozwalające na integrację i poznanie się uczniów są z perspektywy czasu bardzo cenne. Wszyscy, zarówno wykładowcy, jak i absolwenci, przyznają, że będąc na Mszy poza swoją parafią, zastanawiają się, kto siedzi za organami. – Zdarzyło mi się kilka razy zidentyfikować ucznia po sposobie gry. Zwykle jestem mile zaskoczona poziomem naszych absolwentów. Tylko raz przeżyłam traumę, widząc byłą uczennicę grającą na organach w szpilkach – opowiada Gabriela Czurlok. – Ja kiedyś zapowiedziałem uczennicy, że przyjdę posłuchać, jak gra, tak z zaskoczenia. Jednak dowiedziała się, kiedy będę, i tak się stremowała, że poprosiła swojego chłopaka, też organistę, żeby ją zastąpił, a ona tylko śpiewała. Ale poznałem od razu, że to nie ona gra – uśmiecha się Michał Blechinger. Większość uczniów po ukończeniu szkoły gra w rodzimych lub pobliskich parafiach. Do profesorskich uszu dociera jednak, że ktoś organistuje za granicą, najczęściej w Niemczech lub we Włoszech. Absolwentem opolskiej placówki jest też Jarosław Jasiura, który gra obecnie na Jasnej Górze.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama