Nowy numer 42/2020 Archiwum

Gdzie Bóg kule nosi

Ludzie. Szedł z przyjacielem lekarzem jak św. Marcin, w pierwszym szeregu, bez karabinu, uzbrojony w Różaniec i oleje święte.

Czytać fragment Pisma Świętego o chrzcie nad Jordanem, stojąc na jego brzegu, albo o przyjściu Jezusa do Kafarnaum na kamiennych stopniach tamtejszej synagogi to bezcenne przeżycia. Przenosiło mnie i moich żołnierzy w zupełnie inny świat – opowiada ks. ppłk Jerzy S. Niedzielski z Nysy. Jako kapelan wojskowy brał udział w wielu misjach pokojowych i stabilizacyjnych Polskiej Armii w Międzynarodowych Kontyngentach Sił Zbrojnych ONZ i NATO w Libanie, Bośni i Hercegowinie, Iraku i Afganistanie.

Ojczyzna Jezusa

Na misji w Libanie mieszkali ok. 3 km od Ziemi Świętej. Podczas ćwiczeń dobiegali do granicy i z powrotem. Do Nazaretu w Galilei była nieco ponad godzina drogi samochodem, do Betlejem i Jerozolimy trochę dalej. – To były fantastyczne czasy. Biskup polowy i dowództwo kontyngentu prosiło, by w wolnym czasie zabierać żołnierzy na wyprawy poza obóz, więc wyjeżdżaliśmy do północnego Libanu, Syrii, Jordanii, Egiptu albo do Ziemi Świętej – wspomina kapłan. Ci, co chcieli zobaczyć biblijne tereny, gromadzili się wokół księdza, by opowiadał o tych miejscach, choć część spośród nich deklarowała ateizm. – Ale nawet oni, choć wyjeżdżali jak na wycieczkę, to wracali jak z pielgrzymki, zamyśleni, z pytaniami – taka magia miejsca – uśmiecha się. Służąc, mogli na własne oczy zobaczyć, gdzie był chrzest Chrystusa, Jego dom w Nazarecie. – Gdy przyjeżdżaliśmy do Kafarnaum, wchodziliśmy do synagogi, jedynej, która wówczas była, siadaliśmy na kamiennych ławach, otwierałem Biblię i czytałem: „Jezus po wejściu do Kafarnaum poszedł do synagogi – czyli tu, zajął miejsce, pewnie gdzieś tam...”. Słowa, które żołnierze znali od dzieciństwa, robiły tam ogromne wrażenie – mówi ks. Niedzielski. Jednak miejscem, które najbardziej przenosiło w czasie i przestrzeni, było jezioro Genezaret, bo zostało niezmienione, zachowało swoją pierwotność sprzed 2000 lat. – Siadałem na brzegu, patrzyłem na ptaki, rybaków zarzucających sieci, góry w oddali. Gdybym wówczas usłyszał chrzęst kamieni i zobaczył idącego w moją stronę Jezusa, w tym miejscu byłbym chyba najmniej zdziwiony Jego obecnością – dodaje.

Powrót do źródeł

W bazie ks. Jerzy Niedzielski starał się zwyczajnie przebywać z żołnierzami, rozmawiać, nawiązywać relacje. – Najpierw trzeba być człowiekiem, potem kapelanem, a dopiero na końcu oficerem i każdym innym – synem, bratem, wujkiem przyjacielem... Starałem się nikogo nie musztrować, od rozkazów byli inni oficerowie – wskazuje. Pierwsze, co zauważył, wyjeżdżając na misje wojskowe, to potrzeba niedziel. Nie zawsze ci, którzy przychodzili na Msze św. w Iraku czy Afganistanie uczęszczali na nie, będąc w Polsce. – Często mówili: „Proszę księdza, gdyby nie ta Msza św. – to nie wiedzielibyśmy, że jest niedziela” – wspomina kapłan. W Adwencie starał się wzmacniać tę atmosferę przygotowania do świąt, choćby przez zewnętrzne akcenty, jak wieniec adwentowy, dekoracje, pieśni. – I widziałem w wielu mężczyznach dziecko, które przypomina sobie poranne wyprawy do kościoła z kolorową latarnią na Roraty. Adwent i Boże Narodzenie przenoszą nas w inną przestrzeń i czas, mimo wojny, zawieruchy, ran dokoła. Oczywiście atmosfera zagrożenia, śmierci towarzyszyła nam nieustannie, zwłaszcza na misjach pokojowych, które wbrew nazwie są bardziej wojenne niż stabilizacyjne – wskazuje. To był dobry grunt do tego, by na nowo porządkować sobie świat, przyjąć, że nie wszystko zależy od nas. Że Bóg nawet ze złego potrafi wyprowadzić dobro. – Na misji żołnierze uświadamiają sobie, że sam karabin, kamizelka kuloodporna i hełm ich nie obroni. Wielu żołnierzy, choć teoretycznie przygotowani do boju, w zetknięciu z rzeczywistością wojenną, w doznaniach wynikłych ze stresu bojowego, weryfikuje swoje reakcje, myśli, zachowania – mówi ks. Niedzielski.

Człowiek strzela...

Jak można pogodzić wiarę i działania wojskowe? – Ja nie popieram agresji, przemocy, wojny. Jeśli jadę w te rejony, to dlatego, że są tam żołnierze, którzy pytają o Boga, potrzebują rozgrzeszenia, Mszy św. Idę razem z lekarzem w pierwszym szeregu, bo tam żołnierze padają, ale nie jesteśmy uzbrojeni. Zadaniem lekarza jest opatrywanie ran, a moim udzielić namaszczenia chorych, jeśli jest taka potrzeba – tłumaczy kapelan wojskowy. Raz, jak wysiadał z samolotu w Iraku, wyznaczony żołnierz sprawdzał, czy każdy żołnierz zabrał z samolotu swój karabin. Gdy doszedł do niego, nie widząc koloratki, zapytał „Panie pułkowniku, gdzie pańska broń?”. – Wyjąłem wtedy różaniec, mówiąc: To jest moja broń, jestem kapelanem. I tak rzeczywiście było. Moją bronią, najskuteczniejszą w każdych warunkach, był Różaniec, Pismo Święte i krzyż. Wiele razy miałem dowody działania Opatrzności – podkreśla. I opowiada... Kiedyś, pod koniec misji, po obiedzie z jednym z oficerów mieli wychodzić ze stołówki. Spojrzał na zegarek. Była 12.30. Zaproponował: „Wypijmy jeszcze kawę”. Zajęło to dokładnie 10 min. Nagle na teren obozu spadła rakieta, włączył się alarm i wszyscy rozbiegli się do schronu. Gdy po alarmie szli do kwatery, po 10 min marszu na tej właśnie drodze zobaczyli wyrwę po pocisku. – Gdyby nie kawa, bylibyśmy właśnie w tym miejscu podczas wybuchu. Takich sytuacji było wiele. Doświadczając ich, zachwycam się Stwórcą. Nie wierzę w przypadki, twierdzę, że to jest logika Boga. Często mówiłem żołnierzom o języku Boga, który przemawia już nie przez proroków, ale przez ludzi, wydarzenia, sploty okoliczności. Trzeba to umieć usłyszeć, wtedy zauważa się Go wszędzie – przyznaje ks. Niedzielski. Wiele historii usłyszał od żołnierzy. Jeden z nich będąc w Afganistanie, położył się po służbie, jednak mimo zmęczenia postanowił wstać i odświeżyć się. Ledwie wyszedł do łaźni, spadł pocisk, przebił ścianę i trafił w jego łóżko, niszcząc wszystko dookoła.

Trudne powroty

To zadziwiająca zależność, znana także misjonarzom. Adaptacja do surowych zwykle realiów misyjnych następuje szybciej i łatwiej niż sądzimy. Trudniej jest się przystosować do rodzimej rzeczywistości po powrocie do kraju. Zdarza się, że u żołnierzy po kilku miesiącach od powrotu do ojczyzny wracają traumatyczne wspomnienia, pojawiają się lęki, depresje, trudności we wzajemnych relacjach. Stres bojowy, intensywność przeżyć, specyficzny styl życia odciska swoje piętno. – Za najtrudniejszą uznaję misję w Afganistanie, mimo że w Iraku było znacznie więcej ostrzałów. Ale z poprzednich misji przywiozłem wszystkich swoich żołnierzy, całych i zdrowych, a w Afganistanie straciłem siedmiu, w tym pięciu z nich krótko przed Wigilią – przyznaje kapelan. Na szczęście po powrocie otrzymał wiele nowych zadań i angażowanie się w nie chroniło nieco od destrukcyjnych emocji. Jeszcze służy żołnierzom Piechoty Górskiej w Kłodzku, ale też publikuje, głosi rekolekcje i realizuje się w duszpasterstwie w Nysie. Śmieje się, że na emeryturze jest bardziej zajęty niż wcześniej. – Jeżeli Pan Bóg pozwolił mi być w takich miejscach, do których normalnie nie można udać się w celach turystycznych, to chciałbym dzielić się z innymi doświadczeniami, jakie mnie tam spotkały. Stając przed osobą mierzącą się z wyjątkowo trudnymi problemami, które przerastają i ją, i mnie jako doradcę duchowego, jestem przekonany, że najlepszym wyjściem była i jest ufna modlitwa i powierzenie swego losu w ręce Boga– podsumowuje ks. Jerzy.

Pokój serca

Gdy z serwisu wiadomości wyławia informacje o konfliktach zbrojnych, modli się o pokój. – Wiem, że to nie coś danego na zawsze, ale raczej coś kruchego, o co trzeba dbać. Wojny zdarzają się nie tylko gdzieś daleko lub dawno – w latach 90. w Sarajewie, w środku Europy, tam, gdzie jeździło się na wakacje, dopuszczano się ludobójstwa, teraz niepokoje mamy za wschodnią granicą. Przytacza przykład Libanu, zwanego Szwajcarią Wschodu, kraju ogromnie tolerancyjnego, gdzie obok siebie żyli chrześcijanie, muzułmanie, druzowie itd. W Iraku zwykli ludzie pragnęli uprawiać ziemię, paść owce i handlować w spokoju. – Jeśli w takie środowisko wkracza zasada „dziel i rządź” to musi prędzej czy później skończyć się to dla wielu mniej lub bardziej tragicznie. Ludzie przy zachowaniu minimum dobrej woli potrafią generalnie dojść do ładu ze sobą, chyba że rzuci się między nich to mityczne jabłko niezgody, które od zawsze uruchamiało najprymitywniejsze odruchy ludzkie – stwierdza wojskowy. Z drugiej strony podkreśla, że jesteśmy ofiarami tzw. agresji medialnej, sensacji, napięcia, które codziennie widzimy na ekranie. Oglądając nad talerzem zupy wiadomości telewizyjne, w których są sceny przemocy, zabójstwa, powinniśmy przerażeni odłożyć łyżkę i współczuć ofiarom. My, przyzwyczajeni do oglądanych codziennie dramatów, zajadamy dalej... – Nie każdy rozumie słowa Jezusa: „Taki pokój, jaki ja wam dam, świat dać wam nie może”. Zastanawiając się nad ich sensem, dochodzimy do wniosku, że świat może nam dać: poklepanie po ramieniu przez kolegę z frazesem: „Stary nie przejmuj się, jakoś to będzie”; świat może zaproponować kieliszek wódki czystej; świat ma do zaoferowania tabletki uspokajające – tego rodzaju „światowy pokój” nie rozwiązuje żadnego problemu. Pokój Jezusowy polega na tym, że choć wydarzenia, które martwią nas, nie znikają, to jednak nasz stosunek do nich się zmienia, wytwarza się zdrowy dystans i to trwale uspokaja – dodaje. Na pytanie, czy warto było jechać na misje, odpowiada bez wahania. – Tak, warto. Bóg w swojej łaskawości tak aranżuje mi życie, że lepiej bym sobie tego nie mógł wyobrazić – uśmiecha się. Z niektórymi żołnierzami, którym posługiwał na misjach, nadal utrzymuje kontakt. Spotykają się, przesyłają kartki z życzeniami. – W czasie świąt dzwonią także ci, którzy deklarowali się wcześniej jako niewierzący – stwierdza ks. Jerzy Niedzielski. I już cieszy się na wigilię z parafialną, garnizonową rodziną.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama