Nowy numer 43/2020 Archiwum

Jeszcze tam wrócę…

Podróżnik. Spał w dzielnicy biedy w Brazylii, przeżył pełne kolorów hinduskie święto wiosny w Delhi, wybrał się także do Nepalu, by spełnić marzenie o trekkingu w Himalajach.

Gdy Radzimir Burzyński ze Zdzieszowic opowiada o swoich przeżyciach, nie tylko w Indiach, gdzie był w marcu tego roku, ale i w Peru, Boliwii, Ziemi Świętej, Gruzji czy północnej Afryce, to słuchaczom podróżowanie solo po dalekich krajach wydaje się niezwykle łatwe i przynoszące wiele fantastycznych wspomnień. – Pasja podróżowania po świecie jest jak uzależnienie od niezależności. Chce się coraz więcej i więcej, coraz dalej i dalej. Wciąż szukam większych wrażeń, emocji, nowych impulsów – przyznaje młody obieżyświat. Zaczynał na początku studiów od miast europejskich, m.in. Londynu i Barcelony. Poczuł, że radzi sobie w obcych miejscach i bardzo szybko został pochłonięty przez niezależność bycia w podróży. Przyznaje, że w skali roku potrafił aż 6 miesięcy spędzać gdzieś w świecie, a na swoje kolejne wyprawy zarabiał w czasie wakacji, pracując za granicą. Często podróżował autostopem, spał pod gołym niebem, docierał do ważnych historycznie i kulturowo miejsc, ale przede wszystkim poznawał ludzi.

Życie w podróży jest łatwiejsze

– Kieruje mną ciekawość świata. Poznawanie nowych osób daje mi radość. Ale też zacząłem postrzegać swoje podróżowanie jako ucieczkę. Myślę, że często chęć jeżdżenia bierze się stąd, że albo człowiek czegoś szuka, albo przed czymś ucieka – mówi Radzimir Burzyński. – Dłuższe rozmowy ze spotykanymi w trasie podróżnikami pokazały mi, że u wielu z nich gdzieś w tle jest kiepska przeszłość. Myślę, że taki mechanizm zadziałał i w moim przypadku, i w przypadku mojego młodszego brata, który również wiele czasu spędza w podróży autostopem. Dostaliśmy trochę w kość od życia, bo jesteśmy dziećmi z rozbitego małżeństwa. W podróży jest dużo łatwiej, bo wyjeżdża się na miesiąc czy na dwa miesiące i nic człowieka nie interesuje. Chce tylko dotrzeć z jednego punktu do drugiego – wyjaśnia młody podróżnik, dopowiadając, że na wyprawie nie trzeba chodzić do pracy, na studia, nie trzeba troszczyć się o mieszkanie, bo śpi się w hotelu z przypadkowo spotkanymi ludźmi. – Teraz pojawia się we mnie chęć, by osiąść. Dużo o tym myślę. Dostrzegam, że coś więcej poza podróżowaniem jest w życiu ważne. Choć nie ukrywam, że zwiedzanie świata, zwłaszcza autostopem, bardzo mnie rozwinęło. Potrafię rozmawiać z nieznajomymi na różne tematy. To cenna umiejętność, która przydaje mi się w wielu sytuacjach – podkreśla.

Na poziomie gestów

– Mam szczęście do ludzi, a byłem w wielu miejscach, które w mediach przedstawiane są jako niebezpieczne, m.in. spałem w slumsach w Brazylii. Przechadzałem się po dzielnicach biedy w Peru. Ale przez lata podróżowania tylko raz spotkała mnie niebezpieczna sytuacja. Kiedy z bratem spaliśmy na plaży w Maroku, zaczepiła nas grupa pijanych albo znarkotyzowanych chłopaków. Chcieli nas okraść. To wzięło się z naszej niewiedzy. Byliśmy wtedy żółtodziobami w temacie podróżowania poza Europę i nieświadomie wybraliśmy na nocleg miejscowość, która okazała się dość niebezpieczna ze względu na prostytucję i narkomanię. W czasie napadu brat został dźgnięty w rękę. W efekcie poznaliśmy Maroko również od strony komisariatu policji i ostrego dyżuru w szpitalu – opowiada Radzimir i podsumowuje: – Najważniejsze, by umieć się odnaleźć w trudnych sytuacjach, by szybko myśleć i zachować spokój. Podróżnik przyznaje, że cenne jest zjednywanie sobie ludzi. – Często do porozumienia nie dochodzi na poziomie słów, ale gestów. Ludzie kupują to, kim się jest. Jeśli jest w tobie radość życia, otwartość, to spotykane osoby tak cię odbierają i stają się życzliwsze, serdeczniejsze. Ludzie cenią sobie, kiedy próbuje się powiedzieć coś w ich języku, nawet jeśli mocno się go kaleczy – podkreśla.

Indie w pojedynkę

Tym razem wiele nie planował przed miesięcznym wyjazdem. – Z jednej strony to lepiej, gdy nie mam wszystkiego ułożonego, bo zostawiam miejsce na nieprzewidziane punkty na mapie i wydarzenia. Ale z drugiej strony planowanie pozwala zaoszczędzić czas i pieniądze. Kiedyś, wyjeżdżając do jakiegoś kraju, potrafiłem znać na pamięć strony przewodnika, wiedziałam, w którym miejscu znajdę opis każdej z odwiedzanych miejscowości – wyjaśnia Radzimir Burzyński. W Indiach chciał zwiedzić zarówno północną i południową część kraju, ale tak wiele czasu zajęło mu poznawanie północy i kilkudniowy pobyt w Nepalu, że na południe Indii nie dotarł. – Myślę, że jeszcze tam wrócę, żeby dokończyć podróż, choć same Indie nie zachwyciły mnie tak jak Nepal. Hindusi, starając się coś wcisnąć zachodnim turystom, często kłamią i uciekają się do różnych podstępów. Wszędzie jest brudno, a wokół można zobaczyć wiele biednych osób o pustym spojrzeniu – mówi. W biedniejszym Nepalu ludzie po prostu byli życzliwsi. Wśród wielu wspomnień, które Radzimir przywiózł z Indii, jest  m.in. radosne święto wiosny na głośnych ulicach męczącego Delhi. Hindusi z wielką satysfakcją polewają wodą i obsypują kolorowymi proszkami nie tylko siebie wzajemnie, ale szczególnie zachodnich turystów. Okazuje się, że wcale nie jest łatwo zmyć z twarzy różnokolorowe barwniki. – Święto Holi ma coś z naszego topienia czy palenia marzanny, bo towarzyszą mu wiosenne porządki i palenie w ogniu niepotrzebnych, starych rzeczy. To wszystko połączone jest z tańcami i modłami – opowiada podróżnik i dodaje, że gdy wjedzie się do Delhi, to trzeba jak najszybciej z niego uciekać, zwłaszcza z powodu natarczywości miejscowych ludzi.

Gościnny Amritsar i malowniczy Srinagar

Z Delhi pojechał do Amritsaru, gdzie znajduje się Złota Świątynia, najważniejsze miejsce kultu dla wyznawców sikhizmu. – To miejsce jest wyjątkowe za sprawą ogromnej liczby pielgrzymów, którzy tu przybywają dniem i nocą. Każdy z nich otrzymuje darmowy posiłek, a wydaje się ich dziennie nawet do 100 tysięcy – tłumaczy Radzimir. Opowiada też, jak te posiłki powstają. – W ich przygotowanie zaangażowani są liczni wolontariusze. To pielgrzymi, którzy zajmują się obieraniem warzyw, gotowaniem, wydawaniem dań, zmywaniem. Podziwiałem tak sprawną organizację – podkreśla. Później ruszył w stronę jeziora Dal, które było dla niego jednym z ważniejszych miejsc na mapie podróży. Chciał je zobaczyć, będąc pod ogromnym wrażeniem przeczytanego kiedyś reportażu. Podróż lokalnym autobusem na 300-kilometrowej trasie Jammu – Srinagar trwała 16 godzin i przyniosła ciekawe spotkania z ludźmi, którzy byli żywo zainteresowani turystą i jego telefonem z aparatem. Chętnie pozowali do zdjęć. – Na miejscu zobaczyłam coś jakby kaszmirską Wenecję. Bo tu ludzie żyją z tego, co daje im jezioro, i co więcej – żyją na jeziorze. Także turystom wynajmują łodzie-domy – opowiada Radzimir. Był też w Agrze, zwiedzał Taj Mahal, pojechał do stolicy Radżastanu, czyli największego pod względem powierzchni stanu w Indiach, a swoją podróż zakończył w Bombaju.

Gdzie dalej?

W czasie podróży do Indii w sąsiednim Nepalu Radzimir pokonał trasę do bazy, w której rozpoczynają się wszystkie wyprawy na Annapurnę I. – Widoki były wspaniałe i ta niesamowita radość ze spełnionego marzenia o trekkingu w Himalajach – cieszy się. Gdy wrócił z Indii, miał ruszać do Chin, ale zrezygnował. Zajął się m.in. przygotowaniami do Światowych Dni Młodzieży. W diecezjalnym Centrum ŚDM odpowiada za dwie sekcje: „Biletu dla brata” i wolontariatu. A w dalszych planach chciałby pojechać do Rwandy, Ugandy i Etiopii. – Afryka zawsze mnie fascynowała, zwłaszcza przez to, że była tak niesprawiedliwie traktowana przez Europę – podkreśla podróżnik. I jeszcze jedno. Żeby zwiedzać świat, nie trzeba być milionerem. Jak wyjaśnia Radzimir, można dość tanio podróżować. Oczywiście coś za coś. Bo rezygnujemy z luksusów, przemieszczamy się autostopem, śpimy w hostelach o gorszym standardzie i jemy to, co jest w danym kraju tanio i powszechnie sprzedawane. Dzięki temu możemy mieć świat na wyciągnięcie ręki.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama