Nowy numer 49/2020 Archiwum

Bije ostatni dzwon

Czy zdążymy z naprawą zarówno społeczną jak i religijną rodziny? Przed czym mamy zdążyć? Przed ostatecznym załamaniem się europejskiej tradycji, kultury, obyczaju, państwowości.

Kolędowe wizyty u parafian są nieco męczące, ale i potrzebne. W umyśle duszpasterza powstaje impresjonistyczny obraz tej cząstki świata, jaką jest parafia. A można przyjąć, że jest to obraz większego obszaru – może regionu, może Polski, a może i Europy. Napisałem „impresjonistyczny obraz” – tak, bo składa się z dużej ilości barwnych, czasem świetlistych, czasem ciemniejszych plam. I jak to u impresjonistów – owe plamy, plamki, linie układają się w czytelny obraz. Co zobaczyłem? Jaki obraz wykreowały w mojej głowie cztery setki dłuższych lub krótszych wizyt u parafian?

Dominantą tego obrazu coraz wyraźniej staje się rodzina. A termin „rodzina” nabiera znaczenia bardzo szerokiego: sakramentalna, cywilno-prawna, na prywatnej umowie, trwała, sezonowa, z dziećmi, z wykluczeniem potomstwa, dobrana (np. wiekowo), dobrana zaskakująco, oparta o dłuższą znajomość, przypadkowa... Wiem, wiem! Z mojego – chrześcijańskiego, kościelno-prawnego, nawet obywatelskiego punktu widzenia niektórym tylko związkom można przyznać status rodziny. I tych była kiedyś zdecydowana większość. Inne uznawane były za konkubinat – które to słowo wywoływało negatywne skojarzenie wartościujące. Jeszcze inne określane bywały „na kocią łapę”, albo i „na kartę rowerową” – co było pogardliwym określeniem braku jakiegokolwiek prawnego fundamentu takiego związku. Warto w tym miejscu przypomnieć słownikowe znaczenie słowa „konkubinat”. Otóż jest to zbitka dwóch słów łacińskich. „Con” – znaczy „razem” oraz „cubare” – leżeć.

Wszystko to, a pewnie i więcej, było zawsze obecne w przestrzeni społecznej. Było jednak marginesem i było oceniane negatywnie. Z punktu widzenia obyczajowego jako niewłaściwe. Z punktu widzenia prawnego jako nielegalne. Z punktu widzenia religijnego jako grzeszne. A oceny te sięgały nieraz poziomu wykluczenia rodzinnego, społecznego czy też religijnego. Bywało to twarde, niełatwe, czasem okrutne. Była to jednak obrona przed rozmyciem konturów najważniejszego elementu społecznego życia.

Niegdyś w czasie kolędy rodzina niechętnie mówiła o nieobecnym synu czy córce. Z czasem można było usłyszeć, że „ona siedzi z takim jednym” i wstydliwie ucinano rozmowę. Dziś... I właśnie to jest ten element zwracający uwagę w spotkaniach z rodzinami. Dziś najczęściej mówi się o tych różnych związkach bez skrępowania jak o rodzinach, używa się określeń „mąż”, „żona”. I sami tak o sobie mówią. Na delikatny protest księdza odpowiadają: „no tak, ale...” Tu cała paleta usprawiedliwień.

Czasem są to związki wynikające z lawinowo narastającej plagi rozwodów. Czasem przeciwnie – wynikają z obawy przed ewentualnym rozpadem obecnego związku. Prościej wtedy nie mieć żadnych formalnych zobowiązań. Ani kościelnych, ani cywilno-prawnych. Na delikatną sugestię księdza odpowiadają: „myślimy o tym, ale na razie nie”. A wzgląd na dziecko? Może lepiej w ogóle dzieci nie mieć? A jeśli już to jedno... I kolejny element tego nieciekawego krajobrazu – społeczeństwo wymiera. Statystyki europejskie i polskie nie pozwalają w tym względzie na żadne wątpliwości – wymieramy.

Na poboczu problemów z rodziną jest jeszcze inny obszar – single i singielki. Trzydziestka dochodzi, już minęła, psychologiczny czas założenia rodziny ma swoją granicę. Bardzo często pustka (czyż brak rodziny nie jest pustką?) tuszowana jest przelotnymi związkami bez żadnych zobowiązań. Czasem komuś „tak wyszło”, czasem jest to własny wybór – być może nie do końca uświadomiony. Dla społeczeństwa staje się to jednym z powodów demograficznej zapaści Polski i Europy.

I cóż poradzisz, felietonisto? Trudna rada. Niewiele pomogą programy duszpasterskie skierowane do rodzin, a nawet do narzeczonych, czyli tzw. nauki przedślubne. Decyzje młodych zapadają wcześniej. Najgorsze są decyzje nienazwane, drzemiące pod powierzchnią świadomości i werbalizacji. Wyrastają także na podłożu coraz powszechniejszego wygodnictwa dzieci i młodzieży. Potrzeba by więc wychowania twardego, wymagającego. Dlatego potrzeba wielkiego przeformowania szkoły, odrodzenia w nowym kształcie młodzieżowych organizacji kształtujących charaktery. Młodym mężczyznom pewnie pomogłaby służba wojskowa – jak kiedyś. Dziewczętom umiejętność przyszycia guzika i znajomość prac domowych.

Z perspektywy religijnej potrzeba odnowy sakramentalnej. Nie tylko przygotowania do pierwszych sakramentów – chrztu, bierzmowania, eucharystii. Potrzebna jest fundamentalna, teologiczno-psychologiczna katecheza o człowieku słabym, potrzebującym innej mocy i siły – a tę chrześcijanie zwą łaską Bożą i jej źródło widzą właśnie w sakramentach. Stare sformułowania katechizmowe dziś zawodzą, bo język współczesnego świata jest inny. Nowe podręczniki katechetyczne są nieporadną próbą dostosowania się do trendów szkolnych, czasem robią wrażenie przygotowanych zbyt szybko i nieprofesjonalnie.

Z perspektywy społecznej potrzeba oczyszczenia prawa ze wszystkich sformułowań, rozwiązań, rozmiękczeń, furtek zacierających różnicę pomiędzy małżeństwem a związkami nie-małżeńskimi. W całej Europie narasta jednak proces przeciwny, polegający nie tylko na zacieraniu różnic między małżeństwem a związkami innymi, ale wręcz na eliminowaniu z przestrzeni społeczno-prawnej rzeczywistej substancji małżeństwa i rodziny.

Czy zdążymy z naprawą zarówno społeczną jak i religijną rodziny? Przed czym mamy zdążyć? Przed ostatecznym załamaniem się europejskiej tradycji, kultury, obyczaju, państwowości. Nacisk innej kultury, religii, obyczaju i prawa przychodzi już nie tylko z zewnątrz. Wpuściliśmy te siły do Europy. Może bije już ostatni dzwon?

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama