Nowy numer 42/2019 Archiwum

Ogień w lesie

W te dni błagaliśmy o deszcz i by Opatrzność Boża nad nami czuwała – mówi Gizela Glomb, żona kłodnickiego strażaka, też będąca w OSP.

Lato w 1992 roku było upalne, od maja nie padało, więc pod koniec sierpnia ziemia, trawy i ściółka leśna były suche jak pieprz, a temperatura sięgała 35 st. Celsjusza.

Dramat zaczął się 26 sierpnia ok. 13.50. Wtedy w pobliżu miejscowości Solarnia (nadleśnictwo Rudy Raciborskie), przy torach kolejowych, zauważono dym. Tak zaczął się największy po wojnie pożar lasów w zachodniej i środkowej Europie. Pochłonęły 9062 ha lasu w rejonie Kuźni Raciborskiej, Kędzierzyna-Koźla, Rud Raciborskich i Rudzińca.

Żywioł

Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie: po godzinie obejmował już 100 ha, po trzech 600 ha, a po sześciu – 2000 ha. – Tego pożaru, przynajmniej w pierwszych dniach, nie dało się zatrzymać – przyznają strażacy. Był on inny od tych, z którymi mieli zwykle do czynienia.

– Ogień szedł dołem, ale jeszcze szybciej górą, wierzchołkami drzew. Paliły się całe drzewa, ściółka, wszędzie było pełno dymu – wspomina Jerzy Glomb, kierowca wozu OSP z Kłodnicy. Może mówić o wielkim szczęściu, że udało mu się ujść z życiem.

W krytycznym momencie ogień przesuwał się po wierzchołkach z prędkością 120–150 km/h. Nad pracującymi jednostkami często następowały przerzuty ognia po kilkaset metrów, a wiatr zmieniał kierunek, zmuszając strażaków do natychmiastowej ucieczki i porzucenia sprzętu. Właśnie w takiej pułapce zginęli w pierwszych godzinach mł. kpt. Andrzej Kaczyna z Raciborza i dh Andrzej Malinowski z Kłodnicy. – On, jako dowódca, poszedł rozpoznać teren, ja byłem przy aucie. Nasz samochód stał jako ostatni, w którymś z czterech pozostałych widziałem kpt. Kaczynę. Polewaliśmy nawzajem swoje wozy i drzewa dokoła, żeby nie dopuścić ognia. Gdy wokół rozszalał się pożar, mnie udało się wycofać, on był zablokowany innymi pojazdami. Cofałem, choć opony się paliły, póki nie wjechałem kołem do jakiegoś rowu. Potem siedziałem wewnątrz i tylko polewałem wodą, aż nadeszła pomoc. Wyjść się nie dało z powodu żaru, zresztą nie było wiadomo, gdzie uciekać – opowiada kłodnicki strażak.

Wieść o ofiarach spotęgowała strach, podobnie jak informacja, że ogień przedarł się przez drogę Gliwice–Kędzierzyn i rozszerza się na północ i wschód.

– Chwała Bogu, że wreszcie spadł deszcz – mówili strażacy, gdy ogień był już 4–5 km od potężnych zbiorników paliwa i zakładów chemicznych na przedmieściach Kędzierzyna-Koźla. Robiono wszystko, by zapobiec dotarciu tam ognia i katastrofie ekologicznej. Z żywiołem walczyło w sumie ponad 10 tys. ludzi: strażaków z 32 województw, żołnierzy, leśników, policjantów i funkcjonariuszy Obrony Cywilnej. W akcji brało udział 1100 samochodów pożarniczych, 8 śmigłowców, 12 czołgów, pługów i spychaczy, 26 samolotów typu „Dromader”, 50 cystern kolejowych i 6 lokomotyw. Walka z pożarem trwała 15 dni, dogaszanie, zwłaszcza torfowiska, kolejne tygodnie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL