Nowy numer 42/2018 Archiwum

Wyżebrać człowieka dla nieba

Jan miał dwa skrzydła, które go niosły – jednym była świętość, drugim błazeństwo.

Jasiu! Musisz napisać książkę o mojej świętości – męczył o. Jan Góra swojego przyjaciela, Jana Grzegorczyka. To on redagował jego pierwsze dzieła, wspólnie już pisali kilka następnych, stworzyli film „Skrawek nieba” o prymasie kard. Stefanie Wyszyńskim w Prudniku i hymn prudnickiego gimnazjum. I powstała ostatnia książka – „Święty i błazen”, a epilog do niej dopisała śmierć Bożego szaleńca, twórcy Jamnej, Hermanic i Lednicy. Teraz, w rocznicę jego 70. urodzin, Prudnik wspominał swojego najlepszego ambasadora. O o. Janie Górze opowiadali mieszkańcom Jan Grzegorczyk, dwaj bracia i kuzyn o. Jana. Można było zobaczyć też wystawę z pamiątkami z rodzinnych archiwów.

Płacz nad duszą i krzywdą

Na powołanie o. Jana Góry miał wpływ stryj, ks. Jan Góra – kapłan przez lata posługujący w parafii Paleśnica. Mocno w duszę młodzieńca zapadły wakacje tam spędzone, lekcje przyrody. I otrzymany lata później list. Stryj informował w nim kogoś o śmierci swego dawnego nauczyciela, którego na stare lata przygarnął na plebanię, dając funkcję kancelisty, choć ten był agnostykiem.

Gdy zachorował, ks. Góra ze łzami w oczach błagał go, by przyjął sakramenty. Mężczyzna zmarł pojednany z Bogiem. A potem gorzka starość ks. Jana – donosy, osamotnienie i nocne szlochy przerywane modlitwą, kiedy próbował napisać list, by wytłumaczyć się z zarzutów. Po latach, gdy już jako dominikanin o. Jan trafił tam z młodzieżą, pamięć o jego wuju była wciąż żywa. Niespodziewanie górale „dali Górze górę” – ziemię, i tak zaczęła się jego wielka miłość – Jamna. – W szkole był cichy, spokojny, niczym się nie wyróżniał. O jego powołaniu nie wiedział nikt. Nie wiedzieliśmy nawet, że chodzi codziennie rano na Mszę św. na 7.00 i jest ministrantem. Ukrywał to, żeby władze nie przeszkodziły mu w planach. Takie były czasy – opowiada Alicja Zakowicz, koleżanka z równoległej klasy. Gdy powiedział rodzicom o swojej decyzji, ojciec nie był zadowolony, ale nie zabronił. Spojrzenia matki żegnającej go w drzwiach nie zapomniał nigdy. Podobnie jak wzroku Czarnej Madonny podczas peregrynacji w 1966 roku.

Błazen i żebrak

– On był mistrzem tego, jak przekraczać siebie – przyznawał Jan Grzegorczyk. – Pokazała to już szkoła muzyczna, gdzie mimo braku słuchu muzycznego nauczył się gry na klarnecie. To mu się potem bardzo przydało, gdy uczył młodych kanonów z Taizé na tzw. „siedemnastkach” (czyli Mszach o 17.00). Potrafił ze swojej słabości zrobić narzędzie podbijania świata, przekuć je w moc. Powtarzał, że woli być błaznem, bo błazen łatwiej trafia do serca drugiego człowieka. A wtedy łatwiej go wyżebrać dla Jezusa. Także przy ołtarzu zniósł barierę między ołtarzem a nawą główną. – Nie bał się zaryzykować swojej godności kapłańskiej, żeby zdobyć człowieka dla Pana Boga. Wolał zgorszenie niż nudę. Według niego mówienie nudno o niebie to największa obraza Boga i Jego cudownej rzeczywistości. Dlatego był tak łasy na wszelki dowcip, humor. Nie był showmanem, ale artystą – opisuje Jan Grzegorczyk. Wulkan pomysłów.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy