Nowy numer 43/2020 Archiwum

Prowadź mnie

– W liceum zacząłem poważnie zastanawiać się, co ze sobą zrobić po maturze. W czasie modlitwy przychodziły myśli: „Zostań księdzem”. Panie Boże, poważnie? – opowiadał dk. Marcin Fikus.

Podczas czuwania pt. „Prowadź mnie”, które 4 maja odbyło się w opolskim klasztorze sióstr szkolnych de Notre Dame, diakoni dzielili się tym, jak wyglądała ich droga do seminarium.

Nie bądź głupi

Diakon Marcin Fikus z parafii św. Józefa w Opolu-Wrzoskach opowiadał nie tylko o pojawiających się myślach: „zostań księdzem”. – Podczas Mszy św., kiedy w modlitwie wiernych pojawiły się prośby o powołania kapłańskie i zakonne, czułem niepokój w sercu – opowiadał. – A kiedy byłem w III klasie liceum, to po liturgii w Wielki Piątek, na rozpoczęcie której księża padają na twarz przed ołtarzem, wieczorem, gdy szedłem spać, uklęknąłem do modlitwy, co wtedy często mi się nie zdarzało. Złapał mnie wtedy taki skurcz w nogach, że też musiałem upaść na twarz. Zdarzyło mi się to tylko raz w życiu – mówił. – Kiedy zyskałem pewność, czego Pan Bóg ode mnie chce, nie miałem jeszcze pewności, że ja tego chcę. Więc zrobiłem coś takiego, jak Jonasz. On przez trzy dni przebywał we wnętrzu ryby, a ja przez trzy lata studiowałem budownictwo – porównał.

– Mówiłem Panu Bogu, że jeszcze nie mogę być księdzem, że jeszcze nad sobą popracuję. Zamiast powiedzieć Panu Bogu, żeby wszedł do mojego życia i zrobił ze mną to, co trzeba – mówił. Nawet gdy podjął decyzję, że idzie do seminarium, chciał najpierw pojechać na rok do Holandii, do pracy. Ale wtedy usłyszał od mamy: „Nie bądź głupi, idź teraz”. I poszedł.

Którą miłość wybrać?

– Sam tak do końca nie wiem, jak to się stało, że jestem w miejscu, w którym jestem. Powołanie jest dla mnie tajemnicą i spróbuję wam trochę o tej tajemnicy opowiedzieć – mówił dk. Tomasz Kornek z parafii Ducha Świętego w Opolu-Winowie. Dzielił się tym, że pochodzi z tradycyjnej, śląskiej, wierzącej rodziny, że po I Komunii Świętej spełniło się jego największe marzenie – został ministrantem. Trudny okres zaczął się w gimnazjum. – Uważałem, że wszystko wiem najlepiej, nie słuchałem rodziców, pogubiłem się i oddaliłem od Kościoła. Chodziłem tylko na wyznaczone służby ministranckie – opowiadał. Zmiany przyszły wraz z... zakochaniem pod koniec I klasy technikum. – Poznałem dziewczynę, która była i jest bardzo wierząca, dobrze się uczyła i wiedziałem, że jeżeli chcę z nią być, to muszę się radykalnie zmienić. I tak się stało. A im dłużej byliśmy razem, im bardziej mi na niej zależało, tym mocniej ciągnęło mnie do ołtarza – mówił, podkreślając, że czuł napięcie: którą miłość wybrać? – Gdy byłem w III i IV klasie szkoły średniej, Pan Bóg bardzo delikatnie pokazywał mi, że chce mnie mieć w seminarium. Kiedy po maturze wyszedłem z modlitwy w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła, jakiś chłopiec spytał mnie: „Czy będzie pan księdzem?”. Odpowiedziałem, że tak – i poszedłem dalej. Nie rozumiałem, co powiedziałem. Dzisiaj wiem, że to „tak”, które powiedziałem, nie było moje – opowiadał.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama