Nowy numer 43/2020 Archiwum

Na tropie dawnych pokoleń

Arcyciekawe historie o domu pochłoniętym przez jezioro, fryzurach „z grzywą” czy pradziadku „rabczyku” wyszły przy tworzeniu drzewa genealogicznego.

Wakacje, urlopy to często odwiedziny u rodziny, wizyty u dziadków czy cioci. To też bezcenna okazja do rozpoczęcia podróży w przeszłość i poznania swoich korzeni.

Rodzinne poszukiwania

Rajmund Konieczny z Kotórza Małego z córką Moniką budują drzewo genealogiczne od kilku lat. Zaczęło się od zadania domowego, a że pan Rajmund interesował się historią rodzinną i lokalną, miał w domu ileś dokumentów, map, zdjęć, więc dotarcie do kilku pokoleń wstecz poszło szybko. Zdobycie dalszych śladów wymagało już sporo wysiłku i było pracą niemal detektywistyczną. – U nas w domu historia była zawsze obecna. Mamy czwórkę dzieci, starałem się we wszystkich zaszczepić pasję do tej dziedziny. Mnie to fascynuje, to jest jak narkotyk, jak się już raz zacznie szukać. Dzieci – wiadomo, trzeba dopiero tym zainteresować; widać, że Monika chwyciła tego bakcyla. Ale choć bardzo chciała, to jednak bez pomocy dorosłego byłoby jej trudno się w tym odnaleźć. W zeszłym roku, zwłaszcza zimą, zaczęliśmy (głównie ja) biegać po różnych archiwach, przede wszystkim kościelnych, rozpisywać i rozsyłać po rodzinie pytania – jakie kto ma dokumenty, zdjęcia… – opowiada Rajmund Konieczny. Są to stosy papierów, dokumentacji, dawnych zdjęć, korespondencji z rodziną.

To tereny dawnej Galicji, ale i tak choć część papierów odnajdywała się w jednym miejscu, okazywało się, że jakieś akta są gdzie indziej… Większość po niemiecku, ale bywały i po polsku. Jednego ze wspólnych przodków pan Rajmund odnalazł dzięki koledze – też pasjonacie historii i genealogii. – Jak dotąd, dotarliśmy do 88 przodków w 13 pokoleniach – tak głęboko, jak sięgały księgi parafialne w Kotorzu Wielkim, bo wcześniej takich danych nie zapisywano. Moja rodzina pochodzi nie tylko stąd, ale i spod Bielska, spod Żywca, spod Pszczyny. To była najtrudniejsza część, bo to jednak jest spora odległość i każdy wyjazd był wyprawą – przyznaje.

Domy zalały jeziora

W podróży do przeszłości dotarli do roku 1670, choć przy niektórych gałęziach trop urywa się wcześniej. Przy niektórych odnaleźli jedynie nazwiska, daty urodzin, ślubu czy śmierci. Przy innych w księgach parafialnych bywały zapiski, np. gdy zmarł jakiś przodek, co było przyczyną jego zgonu. Widać, że dawniej śmiertelność była znacznie większa. A czasem wychodziły różne historie – pozytywne albo tragiczne… – Jedna z historii mojego dziadka, który nigdy nie chciał o tym mówić: tam było dwóch ojców – po pierwszym przeżyło dwoje dzieci, po drugim był wielki pożar w domu i zginęło w nim kilka osób, w tym także dzieci – stąd przy kilku nazwiskach ta sama data śmierci – wspomina pan Rajmund. Inną ciekawostką jest to, że ze strony mamy Rajmunda Koniecznego rodzina była wysiedlona ze wsi Kryślina, która została przeznaczona pod zalanie przy tworzeniu Jeziora (a właściwie zalewu) Turawskiego. Odnalazł on całą dokumentację, łącznie z miejscem, gdzie był grób przodków i posesje poszczególnych rodzin. – Kiedy przy okazji jakichś prac z jeziora była spuszczana woda, pojechaliśmy tam całą rodziną, poszliśmy w głąb dawnego, a wtedy osuszonego dna i nawet odnaleźliśmy ruiny wioski i szczątki domu chyba należącego do moich przodków. Zdjęcie stamtąd mam w archiwum i na tym drzewie genealogicznym – pokazuje fotografię Monika. Przy dalszych poszukiwaniach okazało się, że to nie jedyny taki akcent. – Rodzina mojego pradziadka ze strony ojca była spod Pszczyny (z Chybia), gdzie jest teraz Jezioro Goczałkowickie – i oni też byli wysiedleni z terenów przeznaczonych pod zalew. Tylko tam nie mam tak szczegółowej lokalizacji… – uśmiecha się pan Rajmund. A jego ojciec Teobald Konieczny opowiada, jak pisał do włodarzy tamtych miejscowości o informacje. Dzięki ich uprzejmości odebrał je w swojej gminie.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama