Nowy numer 48/2020 Archiwum

Pani Berta i odpusty

Pewnie, że sprawa odpustów nie należy do głównych prawd wiary. Niemniej jednak stanowi jakąś cząstkę naszej katolickiej tradycji religijnej, a zarazem skarbca Bożego miłosierdzia.

O pani Bercie chyba kiedyś pisałem. Jak to ją wezwali za komuny na milicję do powiatu. W związku z naprawieniem przydrożnej kapliczki. Nielegalnym oczywiście.

Wchodzi pani Berta do pokoju numer jakiś tam. „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” Raz i drugi. Cisza. Bo i cóż mogli odpowiedzieć milicjanci tamtej epoki. Pani Berta skwitowała ciszę słowami „jak tukej żodnygo ni ma, to jo ida do dom - jak tu nikogo nie ma, to ja idę do domu”. Opowiadała nam o tym w zakrystii. Sprawa kapliczki na tym się skończyła. Od tego dnia pani Berta nabrała w naszych oczach nowego wymiaru. I przestaliśmy sobie z niej dworować.

Jedną ze sposobności żartowania z niej były odpusty. Zwłaszcza te powiązane z nawiedzeniem kościoła albo cmentarza. Potrafiła wtedy całe popołudnie spędzić w pobliżu kościoła albo cmentarza, wchodzić, modlić się, wyjść, postać albo pochodzić i tak w kółko.

Czasem ktoś przebrał miarkę w żartach, ale pani Berta nieodmiennie uśmiechała się i kolejny raz tłumaczyła, jak to jest z tymi odpustami. Od tej sprawy z milicją żarty z pani Berty się skończyły. A ona zdobywała odpusty głównie na Zaduszki i na Porcjunkulę. Tego ostatniego tośmy w ogóle nie rozumieli, ale też nikt nie dociekał tajemniczej sprawy.

Przeskoczę wiele lat. Byłem już księdzem i dorabiałem w niemieckiej parafii. Siedzieliśmy w takim parafialno-duszpasterskim gronie - księża, sekretarka, referentka pastoralna i jeszcze ktoś tam. Rozmowa zeszła na wezwanie mojego kościoła - Chrystusa Króla. Dodałem, że odpust (użyłem słowa Ablaß) mamy pod koniec listopada. „Herr Pfarer, wtrąciła z błyskiem w oku pani referentka, wy jeszcze wierzycie w odpusty?”

Nigdy nie usiłowałem nawracać niemieckich duszpasterzy, tak i wtedy tylko wyjaśniłem, że nazywamy tym słowem to, co oni nazywają dniem patronalnym (Patrozinium). Na tym się skończyło, ale z tego błysku w oku zrozumiałem, że owa niewiasta poczuła się bardziej luterańska niż Luter.

A więc mamy już dwa spojrzenia na kwestię odpustów - prostoduszne, może nieco naiwne spojrzenie pani Berty oraz protestanckie pani referentki. Czy są inne spojrzenia? Bez wątpienia tak. Jednak najczęstszym jest chyba... brak spojrzenia. Ze strony świeckich, bo księża i w ogóle ludzie po teologii spojrzenie mieć powinni. Nawet absolwenci historii - bo jak zrozumieć Lutra i jego sprzeciw wobec praktyki i kupczenia odpustami, nie orientując się w czym rzecz?

W praktyce duszpasterskiej niewiele się o tym mówi - może trochę w tych dniach, może przy okazji zakończenia rekolekcji, może w czasie pielgrzymki. Upraszczając, wydaje mi się, że bliżej nam do Lutra niż do pani Berty. Pewnie, że sprawa odpustów nie należy do głównych prawd wiary. Niemniej jednak stanowi jakąś cząstkę naszej katolickiej tradycji religijnej a zarazem skarbca Bożego miłosierdzia.

Może trzeba - jak pani Berta - cierpliwie tłumaczyć nawet nieco prześmiewającym się z naszej tradycji, czym ona jest i co to są odpusty. A może najpierw pokazać - jak pani Berta - że nie jest się życiowym naiwniakiem. Na nas to wtedy podziałało. Skutecznie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama