Nowy numer 48/2020 Archiwum

Krakowska 32

W Opolu pod tym adresem przez dziesięciolecia działał sklep kolonialny. Wyróżniały go asortyment, wygląd, a nawet zapach.

Od 1948 roku prowadzili go Zofia i Kazimierz Bejmowie (wcześniej przez dwa lata jako sklep mięsny), a potem przez ponad 30 lat ich zięć Antoni Przybecki, szczypiornista Gwardii Opole i kadry narodowej, a także trener piłki ręcznej. Dziś ani kamienicy, ani sklepu już nie ma, ale wspomnienia kolorów, smaków i zapachów są bardzo żywe w pamięci opolan. Przekonali się o tym goście Polskiego Towarzystwa Krajoznawców, którego spotkanie odbyło się 11 lutego w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu. O kulisach prowadzenia prywatnego biznesu w czasach PRL-u opowiadali Antoni Przybecki i Zbigniew Górniak – dziennikarz, który podjął się napisania książki o historii tego jednego z najbardziej charakterystycznych opolskich sklepów.

Grota różnorodności

– Kiedy w latach 70. XX wieku pomarańcze czy cytryny były rarytasem przywożonym do Polski przed świętami, u Antoniego Przybeckiego dostępne były zawsze. Kiedy w latach 80. wprowadzono kartki na słodycze, w sklepie na Krakowskiej słodkości nie brakowało. To miejsce to grota różnorodności, oaza obfitości – podkreślał Zbigniew Górniak.

– Państwowe sklepy cechowała szarzyzna, a tu, w środku produkty na półkach były pięknie skomponowane, kolory urzekały, wręcz uwodziły. Pamiętam, że przed tym sklepem zawsze stało kilku urwisów, którzy niemal lizali szyby, wpatrując się w kolorowe wystawy ze słodyczami – opowiadał. Fantazyjnie zapakowane bombonierki, dorodne czereśnie, ekskluzywne kiwi czy najsmaczniejsza w mieście kapusta kiszona. Skąd te smakołyki brały się na opolskich półkach u Bejmów, a potem u Przybeckiego? – To były ciężkie czasy dla prywatnego biznesu. Asortyment zdobywany był dzięki prywatnej inicjatywie i małym wytwórniom rzemieślniczym. Wiele działo się w nocy, wtedy przywożony był towar. Teściowa często otwierała sklep o 5 rano, a do 9 wszystko było wyprzedane. Milicjanci przymykali oko – opowiadał pan Antoni. Przyznaje, że kiedy przejął ten biznes, to o handlu nie miał pojęcia, bo był sportowcem i uczył w szkole. Ale – jak sam mówi – z czasem nowe zajęcie wciągnęło go jak narkotyk. – To była praca na 16 godzin dziennie. Najpierw trzeba było przywieźć towar, a potem go sprzedać. Pomagało mi kilku kolegów Jeździłem po produkty do Wrocławia, Katowic, Krakowa, a czasem też do Poznania czy Gdyni. Miałem konduktorów, którzy w walizkach przywozili mi czereśnie czy orzechy. Cytrusy do Polski przemycali marynarze – opowiadał.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama