Nowy numer 47/2020 Archiwum

Chusta spiskiej tęsknoty

W domu Justyny i Jana Grzywoczów tradycja śląska miksuje się z góralską.

To była dla mnie bardzo trudna decyzja, żeby się przeprowadzić do Sławięcic – mówi Justyna Grzywocz. Pochodzi z Czarnej Góry. To zachwycająco położona, rozłożona na stokach Litwinki, miejscowość na Spiszu. Rozciąga się stąd zapierający dech w piersiach widok na Tatry Wysokie i Bielskie.

W dole szumi Białka, która wypływa z Tatr i zmierza do Dunajca, wyznaczając granicę między Spiszem a Podhalem. – Ten widok na góry mam cały czas w głowie. Pierwsze dwa lata tutaj były dla mnie bardzo ciężkie. Inna kultura, inne otoczenie, inne podejście ludzi do życia – przyznaje pani Justyna. W Sławięcicach dom po dziadkach odziedziczył jej mąż, pochodzący stąd Jan Grzywocz. Dlatego tu zamieszkali.

Strój

– Była we mnie cały czas tęsknota za tą ciszą, spokojem, za zapachem gór. Za dźwiękiem Białki, która tamtędy przepływa. Chciałabym to mieć cały czas ze sobą. Ale gór nie mogłam tutaj zabrać. I z tej tęsknoty zaczęłam ubierać się w podhalański strój na większe święta w naszym kościele w Sławięcicach – opowiada Justyna Grzywocz. Tak, jak robią to górale u siebie. – Na początku założyłam tylko chustę, bo obawiałam się, jaka będzie reakcja ludzi na to, że śmiem w inne otoczenie wejść w swoim stroju. Ale jestem bardzo mile zaskoczona. Ludzie przyjmują to bardzo pozytywnie. Wiedzą, kto tutaj jest góralką. Jednak kiedy pierwszy raz szłam w spódnicy podhalańskiej do kościoła, to drżałam – śmieje się.

Także dzieci – Weronika (lat 6) i Karol (lat 4) mają już swoje stroje spiskie, w których chodzą z mamą do kościoła w większe święta. – Gdybym miała dostęp do dziecięcego stroju śląskiego, to nasze dzieci też by je nosiły. Niestety, takich strojów nie ma – mówi pani Justyna. Poczuła, że jej dom jest w Sławięcicach (bo drugi to ten w Czarnej Górze), kiedy zrozumiała, że dla dzieci domem rodzinnym są właśnie Sławięcice.

Szacunek

Do decyzji o kultywowaniu w domu tradycji śląskiej, jak i spiskiej, dochodzili naturalnie – bez wielkich dyskusji, negocjacji kulturowych i ustaleń. Jan postawił przy domu Justyny w Czarnej Górze największą od lat „mojkę” (świerk dla narzeczonej stawiany w Zielone Święta). Mojka miała 11 metrów (wersja pani Justyny) lub 15 metrów (wersja pana Jana). To już pozostanie kwestią nierozstrzygniętą. Ale kto powiedział, że docieranie się światów kulturowych jest bezbolesne? Justyna zrobiła pierwszą w życiu zupę rybną i makówki, na co Spiszacy wybałuszali oczy i kręcili z niedowierzania głowami: jak można jeść mak z bułką?!

Grzywoczowie szanowali też to, co ich różniło. Na weselu szwagra Jan był drużbą – w tradycyjnym stroju spiskim. Ale – co było najtrudniejsze – w nieco za małych kierpcach. – Tyś jes swój – mówili mu krewni narzeczonej, kiedy przedstawiał się jako góral spod Anabergu, z Kędzierzyna-Koźla. – Górale mają swój honor i mocno się trzymają swoich zasad. Jak ktoś przysięgnie w kościele na Górce w Zakopanem, że nie będzie pił, to naprawdę nie będzie pił. To mi się podoba. Cieszę się, że nigdy nie traktowali mnie jak cepra, ale jak swojego – mówi Jan Grzywocz. – W Ślązakach podoba mi się, że są tacy uparci. Bardzo podobni do górali – mówi jego góralska żona.

Janowi podobają się góralskie tradycje „podłazów” czy „kumoterek”, Justynie – uroczyście obchodzone na Śląsku „roczki”, „zajączek” czy dożynki z korowodami i koronami, czego na Spiszu nie ma. W domu słowa śląskie i góralskie mają równe prawo bytu. Są „grule” nie „ziemniaki”, a dzieci wychodzą „na pole”, nie „na dwór”. – Czasem jak dzwonię do rodziny, to zamiast „hej” mówię „ja, ja” i od razu mi mówią, że się Ślązaczką zrobiłam – śmieje się Justyna Grzywocz. Na wigilii pojawiają się potrawy śląskie i spiskie – te, które najbardziej wszyscy lubią.

Kołysanka

– Gdybym nie mogła nosić podhalańskiego stroju, tobym chyba się tu nie odnalazła. Nie byłabym w pełni sobą. A to, że ludzie tak to zaakceptowali, pomogło mi poczuć się w Sławięcicach u siebie – mówi pani Justyna. Podkreśla, że bardzo pomogła jej otwartość i cierpliwość męża. – Nie stopował mnie w niczym. Ja doceniam tradycję śląską, on góralską – podkreśla. Boże Narodzenie i Wielkanoc spędzają na przemian w Sławięcicach i w Czarnej Górze. – Góry to jest coś, co kocham – mówi pani Justyna. Dzieciom śpiewa góralskie kołysanki. – Chudobnom mnie mama miała, chudobnom mnie wychowała – śpiewa cichutko Weronika razem z mamą w kuchni ich spisko-śląskiego domu w Sławięcicach.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama