Nowy numer 3/2021 Archiwum

Pragnienie

Zna kilka języków, w tym węgierski. Przeszła raka. Chciała umrzeć. Węgierską mniejszość na Ukrainie uczyła węgierskiego. Była pustelnicą. Robi świetny teatr z niepełnosprawnymi.

Siostra Małgorzata Korniluk jest franciszkanką misjonarką Maryi (FMM). – Zakonnice często mają różne umowy z Panem Jezusem. Różne interesy ubijają na boku. Jedna za coś się ofiaruje, druga chce bardziej uczestniczyć w ofierze Pana Jezusa. Też takie interesy miałam. Ale trzy lata czekałam i nic.

Myślałam, że Pan Jezus widocznie uznał, że moje życie zakonne jest takie bidne i dziwne, że niepotrzebnie czekam. I nagle zaczęło się coś dziać. Miałam przeczucie, że to jest to, ten interes. Prezent od Pana Boga. Zanim jeszcze mnie zdiagnozowano – mówi. – Tak, cieszyłam się, że będę mogła cierpieć. I to ze skutkiem śmiertelnym. To był taki rak, który – kiedy już daje u kobiet objawy – nie zostawia wielkich szans na przeżycie. Ale ja podniosłam statystyki – dopowiada siostra, kiedy dopytuję niepewny, czy właściwie zrozumiałem.

Sen nieproroczy

Może bym się tak nie zdziwił, gdybym miał przed sobą siostrę w starszym wieku, z twarzą wyrzeźbioną cierpieniem. Ale nie. Przede mną siedzi młoda, pełna wigoru, dowcipna, a gdy trzeba, to ironiczna – zakonnica. – Czasami Pan Bóg daje zakosztować swojej obecności. Ślad po tym jest tak mocny, że człowiek ma serce już po drugiej stronie. Jeśli tak doświadczy się miłości Pana Boga i Jego obecności – która porywa wnętrze człowieka – zmienia się naprawdę wszystko. Nigdy bym się nie obraziła, gdyby mnie stąd zabrał. Odwrotnie. Ja musiałam wręcz dojrzewać do tego, żeby tu, na tym świecie, zostać – tłumaczy s. Małgorzata, dlaczego ciężka postać raka, na którą zachorowała, była dla niej darem.

Kiedyś, przed chorobą, miała sen o tym, że przejdzie dwie operacje, a drugiej z nich nie przeżyje. W czasie realnej choroby trafiła dwa razy na stół operacyjny... Przeżyła. – Miałam cichą nadzieję, że ten sen był proroczy. Jakież było moje rozczarowanie: druga operacja, a ja się budzę. Trudno! Widocznie nie jestem godna umrzeć młodo – opowiada.

Jak w takiej sytuacji – pragnienia odejścia – przyjmuje i widzi się cierpienie? – Jasne, że cierpiałam trochę po operacjach. Ale mój organizm jeszcze nie był zjedzony przez raka. Nie cierpiałam tego bólu, który widziałam u koleżanek z oddziału. Nie doświadczyłam psychicznego i duchowego bólu dojrzewania do sytuacji, kiedy trzeba się przygotować na śmierć. Widziałam śmierć, która spaceruje po horyzoncie. Ale do mnie się nie przybliżała. Choć wiem, co znaczy, kiedy „organizm krzyczy”. Miałam to najbardziej między czwartą a piątą chemią. Po chemiach zazwyczaj nie miałam siły nawet leżeć. Leżałam jak zwłoki. To była szkoła prawdziwej pracy nad sobą. Bo fizjologicznie nie znosisz tej kroplówki i wysilasz wolę, by każdą kroplę świadomie przyjąć, ale nie dać upustu nienawiści do tej wstrętnej czarnej torby, z której wydobywa się to badziewie. To jest bardzo trudne – mówi s. Małgorzata.

Węgry, Zakarpacie, pustelnia, Kietrz

– Najważniejsze w moim życiu było tak mocne odczucie obecności Pana Boga w wieku 14 lat, że od tej chwili wiedziałam, że już nic zaspokoi mojego serca na tym świecie. To zupełnie odwróciło moją perspektywę życia. Zrozumiałam, że nie mam nic do roboty na tym świecie, z wyjątkiem tego, co ewentualnie chce ode mnie Pan Bóg – podkreśla franciszkanka.

W Zgromadzeniu Sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi jest od 1997 r., a od dwóch lat ponownie we wspólnocie w Kietrzu. Przez pierwsze 10 lat życia w zakonie marzyła o wyjeździe na Bliski Wschód. Uczyła się hebrajskiego, fascynował ją tamten świat, ale przełożona generalna zadecydowała, że jej przeznaczeniem jest Europa. Trafiła na Węgry, nauczyła się węgierskiego, potem na ukraińskie Zakarpacie.

W mieście Wynohradiw (węg. Nagyszőlős) pracowała wśród tamtejszych katolików, którzy mają narodowe korzenie węgierskie. – Dzieci pochodzenia węgierskiego ze zukrainizowanych rodzin języka węgierskiego uczyła na katechezie Polka – śmieje się z paradoksów losu siostra. Potem przez miesiąc była na Węgrzech pustelnicą, po czym wstąpiła do paulinek – wspólnoty monastyczno-pustelniczej. – Spełniłam swoje marzenia o życiu kontemplacyjnym, które od młodości są we mnie mocne – tłumaczy franciszkanka. Po trzech latach wróciła do swojego zgromadzenia i do Polski. – I znów jestem w Kietrzu, znowu robię to samo, co przed laty: jestem kulturalno-oświatową w DPS – mówi siostra.

Pisze scenariusze i reżyseruje spektakle teatralne z mieszkankami DPS – dziewczętami i kobietami z niepełnosprawnością intelektualną. – Dziewczyny mnie niesamowicie uczą. Staram się pisać, używam mojej pasji teatralnej po to, by one mogły się wyrazić i rozwijać przez teatralne środki wyrazu – na ile to tylko jest możliwe. Chcę u widzów wzbudzić coś więcej niż współczucie. Bo to byłoby bardzo łatwe. Pragnę, by ludzie sobie uświadomili, że te dziewczyny naprawdę mają coś do dania, do ofiarowania innym – mówi s. Małgorzata Korniluk.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama