GN 13/2020 Archiwum

Pogodny wojownik

– Nie jestem wyjątkowa. To, że zdecydowałam się urodzić Jacka, jest Bożą łaską – mówi Ewa Wasińska.

Jacek za kilka dni skończy 19 miesięcy. Po mieszkaniu przemieszcza się bardzo szybko. Pełza, podciągając się na rękach. Często się uśmiecha. Podbija serca nawet przypadkowo spotkanych osób, choćby w miejskim autobusie. Zna już sporo słów, które składa w proste zdania. Ale jest coś, czego zrobić nie potrafi. Nie może stanąć na własnych nóżkach. Ma tzw. końsko-szpotawe stopy, które przez bezwład dolnej części ciała nie ukształtowały się poprawnie w okresie płodowym.

Czas walki

W rozmowie z jego rodzicami, Ewą i Michałem Wasińskimi, wracamy do początku choroby. Diagnozę, którą Ewa usłyszała podczas rutynowego badania USG w 19. tygodniu ciąży, trudno powtórzyć bez płynących łez. Długa jest lista nieprawidłowości i uszkodzeń stwierdzonych wtedy u jej trzeciego, wyczekiwanego dziecka. Następne badania przynosiły coraz gorsze wieści. Przepuklina oponowo-rdzeniowa okazała się otwarta, rozległa i na tyle wysoko umieszczona, że w myśl procedur operacja nie mogła zostać przeprowadzona w łonie mamy. Ponadto wodogłowie rosło i było ogromne. – Dostałam skierowanie do hospicjum perinatalnego, bo do końca ciąży lekarze mówili mi, że Jacek może urodzić się martwy albo umrze krótko po przyjściu na świat – opowiada Ewa.

Wspomina, że kiedy trwało tamto pamiętne badanie USG, lekarz był coraz bardziej przejęty. – Miałam świadomość, że to, co za chwilę usłyszę, będzie jakąś bombą. Nie wiedziałam tylko, jak dużego zasięgu. Widziałam, że lekarzowi nie było łatwo. W końcu wymienił po kolei jednostki chorobowe. Usłyszane terminy wówczas niewiele mi mówiły. On miał łzy w oczach, ja się popłakałam – wspomina.

– Noszę medalik z Matką Bożą. Widząc go, lekarz chyba z góry uznał, że będziemy walczyć o to dziecko. Prowadził mnie przez całą ciążę i od tej wizyty aż do rozwiązania nie wziął ode mnie ani złotówki. Powiedział, że jeszcze będę miała wydatki, a on od tego nie zbiednieje. Inaczej reagowali lekarze, u których konsultowałam diagnozę. Wyrażali zdziwienie, że chcę urodzić synka – opowiada, trzymając na kolanach uśmiechniętego Jacka, żywo zainteresowanego dziennikarskim dyktafonem.

Chwyciła za różaniec

Ewa przyznaje, że czuła się przerażona i zagubiona. Nie wiedziała, co robić. Nie miała pojęcia, co będzie dalej. Najczęściej słyszanym zdaniem były słowa: „Proszę się nie stresować”.

– Jedyne, co przyszło mi na myśl, to zwrócenie się do Matki Bożej. Doświadczyłam, że jest mocarną kobietą, która jest w stanie wyjednać człowiekowi wszystko. W ciąży odmówiłam dwie Nowenny Pompejańskie, właściwie tę drugą skończyłam już po urodzeniu Jacka. O pomoc prosiłam też św. Józefa. Nigdy w życiu tyle się nie modliłam. W Bogu odnajdowałam nadzieję. Wokół mnie ludzie dziwili się, że nie rozpaczam, że potrafię rozmawiać o stanie mojego dziecka. Od strony medycznej było coraz gorzej, bo im bliżej porodu, tym fatalniejsze diagnozy słyszałam. Ale miałam wiarę i myślę, że właśnie dzięki temu było mi łatwiej unieść trudne doświadczenia. Kiedy leżałam w szpitalnym pokoju z innymi mamami, których dzieci były zagrożone, miałam w sobie dość siły, by je wysłuchiwać i pocieszać. Wiem, że to wszystko nie było wówczas ode mnie, że tę postawę Matka Boża mi wyjednała. Miałam w sobie Boży pokój – dzieli się Ewa.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama