Nowy numer 2/2021 Archiwum

Podstępny wróg

Warunkiem członkostwa w AA jest wola zerwania z nałogiem. Bez tego nie da się rozpocząć zdrowienia.

Wiola, Bogdan i Adam należą do Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. Nie piją i chcą pomagać innym, którzy tak jak oni mają problem z alkoholem. 12 lutego w MBP w Opolu poprowadzili otwarte spotkanie „Alkoholizm. Choroba czy brak silnej woli?”. Przełamywali mity na temat alkoholizmu, opowiadali o tym, jak przebiega ta choroba, dzielili się doświadczeniem i podpowiadali, gdzie szukać pomocy.

Nieuleczalna choroba

Zaczęli od pytania, czy spotykając ich na ulicy, pomyślelibyśmy, że są alkoholikami. Mitem nazwali przekonanie, że alkoholik to człowiek z marginesu, który leży na ławce i śmierdzi z daleka. Tylko około 3–5 proc. alkoholików kończy na ulicy. Mitem jest też przekonanie, że jeśli ktoś codziennie chodzi do pracy, to znaczy, że nie jest uzależniony od alkoholu. – Alkoholizm jest chorobą nieuleczalną i postępującą, zatem prowadzi do śmierci. Można ją opanować, ale wyleczyć jej się nie da – mówił Bogdan. Omówił cztery fazy alkoholizmu.

Fazę wstępną znamionuje odkrycie, że picie jest szczególnie przyjemne, odprężające, daje swobodę. Na tym etapie nie pije się alkoholu w samotności. Faza ostrzegawcza rozpoczyna się pierwszą luką w pamięci, potocznie nazywaną „urwaniem filmu”. W fazę krytyczną człowiek wchodzi, gdy zaczyna tracić kontrolę nad piciem, nie przyznaje się, że ma problem. Pojawia się głód alkoholowy, czyli pierwsze symptomy uzależnienia. Natomiast gdy alkoholik wyzbywa się wszelkich wyrzutów sumienia i zahamowań, choroba wchodzi w fazę chroniczną. Wtedy pije się niemal bez przerwy, a pierwszą dawkę przyjmuje już rano. Gwałtownie zmniejsza się tolerancja na alkohol i już kilka kieliszków wystarcza, by całkowicie się upić.

Uklękłam na kolana

Ważnym krokiem jest przyznanie, że potrzebuje się pomocy. – Byłam nieśmiałą nastolatką, kiedy zaczęłam mieć problem z alkoholem. Zauważyłam, że na dyskotekach świetnie się bawię, kiedy wypiję. W końcu nie potrafiłam bawić się na trzeźwo – opowiadała Wiola. – W późniejszych latach coraz częściej sięgałam po alkohol. Nie docierało do mnie, że mam problem. Dzieci przecież były zadbane, w domu miałam czysto. Nawet nie wiem, kiedy przyszedł moment, że budząc się sięgałam po kieliszek, bo tego domagał się mój organizm. Stałam się osobą agresywną, nie przyjmowałam do wiadomości, że mam problem. Ludzie nie chcieli mieć ze mną kontaktu, nikt mnie nie zapraszał do siebie. Terapia za terapią. Przyszedł taki moment, że nie chciałam już tak żyć, byłam wrakiem człowieka. Nie potrafię powiedzieć, jak to się stało, ale uklękłam na kolana i prosiłam Boga o pomoc, nie chciałam już prowadzić pijackiego życia. Przyjechało do mnie dwóch chłopaków z AA, trafiłam na pierwszy mityng. Miałam poczucie, że to, o czym ludzie tam mówią, jest właśnie o mnie. Dzisiaj dziękuję Bogu za 10 lat trzeźwości – dzieliła się Wiola.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama