Nowy numer 2/2021 Archiwum

Gdzie spoczywasz, „Kamieniu”?

Widok jego stłuczonych pleców będę miała przed oczami do końca życia – wspomina ostatnie spotkanie z Aleksandrem Kasarabą jego córka.

Miała wówczas zaledwie 10 lat. Nie rozumiała, dlaczego do domu ciągle przychodzi milicja, wojskowi, szukając jej ojca, kto i za co tak go pobił. Zresztą i później nikt jej tego nie tłumaczył. Bezpieczniej dla rodziny było milczeć, bo jej ojca uznano za bandytę i wroga systemu.

Powiatowa Komenda Milicji Obywatelskiej w Głubczycach, 22 marca 1946 roku: „Odnośnie grupy »Kamienia« raportuję, że składa się ona z kilkunastu bandytów w wieku od 25 do 35 lat, w mundurach Wojska Polskiego, czapki z orzełkami błyszczącymi, jednego tytułowali porucznikiem...”.

„Rzeczpospolita” z 27 października 1946 roku: „Likwidacja band rabunkowych na Śląsku. Przed sądem w Katowicach odpowiadali herszt bandy rabunkowej, Aleksander Kasaraba i 10-ciu współtowarzyszy. Sąd skazał Kasarabę na karę śmierci. Jana Kaliniaka na 15 lat więzienia. Pozostałych oskarżonych na karę więzienia po 10 lat”. W uzasadnieniu wyroku Kasaraby były trzy zarzuty: założenie i kierowanie nielegalnym związkiem, posiadanie broni oraz przywłaszczenie mienia – kradzież wozu i pary koni należących do PPR-u sołtysa z Wojnowic.

Za ludzi i ojczyznę

Urodzony w podlwowskiej Wólce Hamuleckiej w 1899 roku, jako młody chłopak walczył o Lwów i w wojnie polsko-bolszewickiej. W II Rzeczpospolitej został strażnikiem granicznym na Śląsku Cieszyńskim. Tam poznał swoją żonę Stefanię i założył rodzinę. Zamieszkali w Zebrzydowicach, później w polskiej wówczas Karwinie. Na świat przyszły dwie córki: Wanda i Olga. W 1939 roku, cofając się przed Wehrmachtem, dostał się do niewoli drugiego okupanta, ale udało mu się uciec z transportu, unikając śmierci w Katyniu. Ukrył się w okolicach rodzinnej wsi pod Lwowem, a od 1941 roku konspirował pod pseudonimem „Kamień”. Wkrótce zyskał sławę obrońcy Kresów, zakładając organizację „Samoobrona Wsi” w Kościejowie. Wraz z ok. 30 osobami zdobył broń i bronił polskich osad przed bojówkami UPA, prowadził akcje sabotażowe i odwetowe. W 1943 roku grupa „Kamienia” weszła w struktury Armii Krajowej, kapelanem oddziału został ks. Julian Hołówka, a Aleksander został zastępcą Onufrego Kuźniara ps. Popiel, dowódcy 1. kompanii 19. Pułku Piechoty AK.

Latem 1944 roku Niemcy cofali się pod naporem Armii Czerwonej, którą często wspierali akowcy. Niestety, dzięki akcji „Burza” służby nowego okupanta mogły łatwiej zidentyfikować i aresztować polskich żołnierzy. „Kamień” tego uniknął – po rozwiązaniu AK wstąpił do organizacji „NIE”, ale w czerwcu 1945 roku razem z innymi opuścił Kresy Wschodnie i trafił na Ziemie Zachodnie. – Dziadek, który służył wówczas pod jego dowództwem, mówił, że życie zawdzięcza mu kilkuset mieszkańców Kościejowa, których bronił przed Ukraińcami – opowiada Marcin Kruszyński, członek historycznego stowarzyszenia Kryptonim T-4, wnuk Władysława Bryki ps. Brzask. – Powtarzał, że za to, co Kasaraba zrobił na Kresach, należy mu się pomnik. I że później, katowany przez UB, nie wydał nikogo: ani dowódców, ani swoich ludzi. Dziadek nie mógł przeboleć, że został on tak zapomniany. Dlatego zbieram materiały na temat por. Kasaraby. Uważam, że przywrócenie mu pamięci i godności będzie wypełnieniem jego woli.

Zesłani na zachód

Z kościejowianami Aleksander Kasaraba trafił na Opolszczyznę, do Zauchwitz (zwanego później Suchą Psiną), ściągnął tam swoją rodzinę z Zebrzydowic. Z żoną Stefanią i córkami widział się po raz pierwszy od 1939 roku. – Kiedy przyjechał, mama powiedziała, że to mój ojciec. Ja go nie pamiętałam. Wziął nas do Suchej Psiny, krótko mieszkał z nami, potem ukrywał się w wiosce. Do domu przychodził tylko na chwilę, wieczorami, rozmawiał z mamą, czasem ja mu zanosiłam jedzenie – opowiada jego młodsza córka, Olga Purschke zd. Kasaraba.

W powiecie głubczyckim, jak i na całych Ziemiach Odzyskanych, nie było jednak spokojnie. Po przejściu frontu zagrożeniem dla osadników byli radzieccy maruderzy i niektórzy przedstawiciele nowej władzy. Cierpiała zwykła, dopiero przybyła ludność i autochtoni, którzy padali ofiarą gwałtów, rabunków czy kontyngentów, czasem tracąc przy tym życie. A że w workach z ziarnem przyjechało na Opolszczyznę sporo broni, „Kamień” wrócił do sprawdzonego rozwiązania – „Samoobrony Wsi”. W 1946 roku jego organizacja podporządkowała się Zrzeszeniu „Wolność i Niezawisłość” (WiN). On został komendantem placówki WiN na powiat głubczycki i awansował na podporucznika. Zgodnie z rozkazami, przez kilkanaście miesięcy prowadzili działania wywiadowcze, gromadzili broń i amunicję w nadziei na wybuch kolejnej wojny i odzyskanie ziem na wschodzie. Ale też składali „wizyty” członkom PPR-u, odbierając mienie zabrane innym i oddając mieszkańcom, każąc im zjadać książeczki partyjne czy likwidując po cichu najokrutniejszych. To przysparzało mu wdzięczności ze strony miejscowych, ale i wizyt milicji i wojska w domu.

– Przychodzili często, o różnych porach dnia i nocy, przetrząsali dom, wypytywali mamę i mnie (bo siostra wkrótce wyszła za mąż i się wyprowadziła), gdzie jest tata. On się ukrywał, a mnie, żebym czegoś nie wygadała, mama kazała najczęściej uciekać. Więc wyskakiwałam przez okno, chowałam się w stodole sąsiada i tam spałam – opowiada Olga Purschke. Pamięta, że raz po jakiejś akcji ojciec był w domu z kilkoma swoimi żołnierzami. Siedzieli w pokoju, karabiny mieli schowane w komórce. Nagle na podwórku zaroiło się od wojskowych, do środka weszło kilku z pistoletami. – Wszyscy zamarliśmy. Ale wszedł ich dowódca, popatrzył tylko po obecnych, powiedział „Tu go nie ma. To nie ten. Odmaszerować!”, a sam wychodząc, jakoś tak spojrzał na ojca – wspomina. – Akurat „Kamień” – wysoki (190 cm), dobrze zbudowany, był bardzo rozpoznawalny. A w tym czasie komendantem wojskowym Głubczyc, którego 5. Pułk Piechoty Wojska Polskiego brał udział w obławach na miejscowe „bandy reakcyjne”, był por. Wojciech Jaruzelski. Czy to on okazał mu przychylność, zapewne się już nie dowiemy – zastanawia się Marcin Kruszyński.

Obława

Po fatalnych dla nowej władzy wynikach czerwcowego referendum w kraju, jeszcze gorszych w powiecie głubczyckim, pierścień obławy wokół ludzi „Kamienia” zacieśniał się. Kilka razy udało się uciec, jednak wkrótce aresztowano paru członków oddziału. A 5 września 1946 roku, na plebanii w Kietrzu, również „Kamienia”. Zaskoczony we śnie, nie zdążył sięgnąć po pistolet. Córka zapamiętała, że o trzeciej nad ranem przedstawiciele bezpieki, tak jak zapowiedzieli pani Stefanii, nachodząc ich dom parę godzin wcześniej, przywlekli jej męża do domu. – Ona była przekonana, że już uciekł przez Czechy na Zachód. Wprowadzili go do kuchni, a on poprosił o kubek kwaśnego mleka. Na prośbę mamy rozwiązali mu ręce. Ja usiadłam mu na kolanach, a oni bardzo wyklinali. Do mnie powiedzieli tylko, że on już długo nie pożyje, że jest bandytą, ale mimo to państwo ludowe mnie wykształci, da pieniądze. Jak go zabierali, strasznie płakałam, nie chciałam oderwać się od jego szyi – wspomina pani Olga. Kiedy później, przewożąc go do więzienia, wstąpili do domu, by mógł się przebrać, była tylko córka. – Spytał o mamę, poprosił o ciepłą bieliznę. Przygotowałam ją, ale kiedy zdjął koszulę i zobaczyłam jego plecy, zaczęłam strasznie krzyczeć. Były tak stłuczone, żółte, sine, czerwone, napuchnięte, że do dziś nie mogę tego zapomnieć. Ojciec powiedział tylko „nic, nic, dziecko”, a człowiek, który go pilnował, wyprowadził go zaraz. Ojciec wszedł na ciężarówkę, pod ławkę, inni usiedli dookoła i pojechali – opowiada z trudnością. Ostatni rozdział Śledztwo trwało ponad miesiąc, zakończyło się rozstrzelaniem „Kamienia” 13 listopada 1946 roku w Sosnowcu. Żona dowiedziała się o tym z przesłanego jej aktu zgonu i listu. Co się wtedy działo, dowiedziała się dopiero po jakimś czasie od jego przełożonego z konspiracji, który zebrał informacje od współwięźniów. Obciążyły go zeznania trzech jego ludzi. Kaci, mimo strasznych tortur, nie złamali go, sprawili za to, że do dziś nie udało się ustalić, gdzie spoczywa. Przez kolejne lata żonę, córkę, a nawet wnuczkę piętnowano wielokrotnie, jako rodzinę bandyty i wroga ludu, stąd o nim nie wspominały. Po latach, dzięki staraniom córek i bratanka, wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Katowicach skasowano i przywracane jest jego dobre imię. Najbliżsi mogą już zapalić znicz przy symbolicznej tablicy w Sosnowcu, poświęconej w 2019 roku. Nadzieję dał im też Instytut Pamięci Narodowej. Została ustalona przybliżona lokalizacja grobu pięciu ofiar egzekucji. Rodzina przekazała materiał genetyczny do porównania i czeka, czy któreś szczątki są z nim zgodne. – Ojciec wysoki był, kości miał dłuższe, to może łatwiej będzie rozpoznać – liczy pani Olga. Jej mama Stefania czeka na męża na cmentarzu w Suchej Psinie od 40 lat. Czy mąż wreszcie spocznie przy niej? Aleksander Kasaraba został też patronem tegorocznego Opolskiego Testu Wiedzy o Żołnierzach Wyklętych. Przy pisaniu wykorzystałam m.in. materiały udostępnione przez Instytut Pamięci Narodowej Delegatura w Opolu oraz Marcina Kruszyńskiego. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama