Nowy numer 44/2020 Archiwum

Cztery siostry

Chodzi nam o to, żeby chorzy nie byli sami. Zwykle umierają w samotności.

Dobrze, dobrze, bardzo dobrze – uśmiechają się szeroko cztery siostry służebniczki w odpowiedzi na pytanie o to, jak się czują. Pytam o samopoczucie i widzę, że jest OK, a nawet bardzo OK, ale w głowie już zasiała się myśl, że siostry mogły pytanie zrozumieć jako wyraz obawy przed tym, czy nie są chore, zarażone.

Takie czasy. S. Damiana, s. Estera, s. Marietta i s. Michalina siedzą w pokoju swojego aktualnego mieszkania w Kędzierzynie-Koźlu. Zwykle ich domem jest wielki klasztor zgromadzenia sióstr służebniczek NMP w Leśnicy. Adres czterech sióstr zmieniła pandemia COVID-19. W kwietniu przełożona w Leśnicy w czasie obiadu poinformowała siostry, że opolski NFZ zwrócił się do zgromadzenia o pomoc w opiece nad podopiecznymi ZOL w Ozimku. Tam już panował koronawirus i brakowało personelu. I zapytała, kto jest chętny. – Spontanicznie odpowiedziałam, że pojadę. Taka natychmiastowa decyzja. Choć potem przyszło trochę lęku – przyznaje s. Estera, która w klasztorze jest kucharką. – Dla mnie na początku to nie było całkiem proste – dodaje s. Michalina, z wykształcenia pielęgniarka.

Pierwsze emocje

Pożegnanie sióstr wyjeżdżających do Ozimka w klasztorze w Leśnicy było poruszające. Ochotniczki otrzymały z rąk kapelana sakrament namaszczenia chorych; inne siostry mocno przeżywały ich wyjazd. – Powiem tylko, że były bardzo przejęte – mówi s. Estera. – Nam na miejscu lęk i napięcie minęły: kiedy nauczyłyśmy się, co na siebie zakładać, jak się poruszać, jak dbać o ochronę itd., i zaczęłyśmy pracować przy chorych, emocje opadły – mówi s. Michalina. Po kilku dniach wszyscy mieszkańcy ZOL w Ozimku zostali ewakuowani, chorzy trafili do szpitali, a siostry na kwarantannę, którą odbyły w swoim klasztorze. – Przeżywam to wszystko od początku jakoś bardzo spokojnie i świadomie. Mam świadomość ryzyka, ale chciałam być przy tych ludziach. Trudny był moment, kiedy poinformowałam rodziców o swojej decyzji. Ale jestem z nimi w codziennym kontakcie, żeby się nie martwili. Widzą, że nie dzieje się nic niepokojącego, i są spokojniejsi – mówi s. Marietta, najmłodsza z grupy.

Już w drugim dniu kwarantanny sióstr o pomoc do leśnickich służebniczek zwrócił się dyrektor jednoimiennego szpitala zakaźnego w Kędzierzynie-Koźlu. Po zakończeniu okresu ochronnego i potwierdzeniu testami, że nie są zakażone, siostry przeprowadziły się do Kędzierzyna-Koźla, do prywatnego mieszkania udostępnionego w czasie pandemii na potrzeby służby zdrowia. 5 maja rozpoczęły pracę opiekunek chorych w szpitalu. – Oczywiście trochę się bałam iść do szpitala zakaźnego. Ale w decyzji pomogło mi to, że mam nabożeństwo do krzyża Pana Jezusa. Zawsze, gdy widziałam krzyż połamany, to mi go było szkoda, brałam i naprawiałam. Mówiłam, że ratuję Pana Jezusa z tego krzyża. I teraz stwierdziłam, że będę ratowała żywego Pana Jezusa w tych ludziach – mówi s. Damiana.

To było ponad lęk

Jakie motywy kierowały siostrami przy podejmowaniu decyzji o zgłoszeniu się do pracy przy chorych na COVID-19? – Gdyby w szpitalu byli moi rodzice czy ktoś z bliskich, to na pewno bym chciała, żeby mieli opiekę i nie byli sami. Żeby nie byli nieumyci czy nienakarmieni. Tak do tego podeszłam. To było ponad lęk – mówi s. Estera. – Człowiek cierpiący nie może być zostawiony sam sobie. A jeżeli w szpitalu brakuje personelu, to czuje się wewnętrzne przynaglenie, żeby tam iść. Lęk oczywiście jest, ale to przynaglenie jest silniejsze. Pobyt w szpitalu mi to potwierdził. Bo nie chciałabym być ani minuty na miejscu chorego. Wolę iść i mu posługiwać, niż być tam, w tej samotności. Bo ci ludzie są tam naprawdę samotni przez większość czasu – mówi s. Damiana. – Ja miałam bardziej przyziemne myślenie. Pierwsza moja myśl była taka: jesteś pielęgniarką, powinnaś tam iść. Twoim obowiązkiem jest tam być – mówi s. Michalina. – W niedzielę nie mogłam uczestniczyć we Mszy św., bo miałam dyżur na oddziale. Pomyślałam, że dla mnie teraz jedynym ołtarzem jest łóżko tego chorego. To mi daje siły, żeby kolejnego dnia podjąć pracę – dodaje s. Damiana.

Przed II wojną światową siostry służebniczki pracowały już w szpitalu w Koźlu, miały w tutejszej parafii swój klasztor. – Za czasów naszego założyciela w XIX wieku pierwsze siostry też chodziły do ciężko chorych, bo też były epidemie, m.in. cholery. I zajmowały się osieroconymi w czasie epidemii dziećmi, tworzyły dla nich ochronki – mówi s. Michalina. – Ta myśl też mi towarzyszyła przy podejmowaniu decyzji. Co by zrobił nasz ojciec Edmund (bł. E. Bojanowski – świecki założyciel zgromadzenia sióstr służebniczek – przyp. AK)? No, posłałby siostry, sam poszedłby do chorych ludzi. Oni nas potrzebują – mówi s. Marietta. – Takiej decyzji nie podejmuje się, żeby cokolwiek komukolwiek pokazać czy zaimponować. To jest zbyt trudna decyzja, zbyt wielkie ryzyko – dodaje s. Damiana. – Zupełnie nie chodzi o propagandę. Chodzi o tego chorego człowieka – podkreśla s. Michalina. Personel szpitala i mieszkańcy Koźla serdecznie przyjęli siostry. – Reagują sympatią, pozdrawiają, gdy idziemy przez rynek, życzą sił i wytrwania – mówią służebniczki.

Staję za szybą i się modlę

Ofiara jest wkalkulowana w powołanie zakonne. – Przełożeni już na początku pandemii mówili, że może być taka możliwość, że nas poproszą o pomoc. Myślało się czasem o tym. O byciu gotowym na śmierć. Że mogę pójść do chorych i nie wrócić. To pomogło przyzwyczaić się do myśli o pójściu do szpitala – mówi s. Damiana. – Ludzie mają rodziny, dlatego mają więcej powodów do obaw, a my swoich rodzin nie mamy. Jesteśmy po to, żeby pomagać ludziom – dodaje s. Estera. –Bardziej niż o siebie, boję się o moich rodziców, którzy się martwią o mnie – mówi s. Damiana. S. Estera: – Rodzina przeżywa bardziej, bo nie wie dokładnie, jak to wygląda. – Zresztą wszędzie można się zarazić – zauważa s. Marietta. W szpitalu służebniczki opiekują się chorymi: myją, przewijają, podają jedzenie, karmią. Wszystko w ostrym reżimie sanitarnym. Kiedy chorego wiozą korytarzem, migają światła alarmowe. Po takim przejeździe cały korytarz jest odkażany. Personel medyczny, w tym siostry, wchodzi na sale chorych oczywiście w kombinezonach, ze ścisłymi procedurami przy zmianie ubrań ochronnych (np. kiedy wchodzą do strefy zakażonej, mają na dłoniach trzy pary rękawic), kąpielami i dezynfekcją ciała. – Wchodzimy do chorych trzy razy dziennie (siostry, pielęgniarki, lekarze). A poza tym są sami. Zwykle umierają w samotności – mówi s. Marietta. Reżim sanitarny wymaga jak najkrótszego kontaktu z chorymi i ograniczonego do minimum przebywania w strefie zakażonej. Jedna tura zabiegów wokół chorych na oddziale trwa ok. trzech godzin. – Na oddziale chirurgicznym nasi chorzy są za szybą. Gdy ktoś jest już w ciężkim stanie, to staję za tą szybą i się za niego modlę. A kiedy jesteśmy przy chorym i pielęgnujemy go, to też jest chwilka czasu, by złapać za rękę, pomodlić się – opowiada s. Marietta.

– Na początku miałam poczucie, że jestem tam niepotrzebna. Miałam wyobrażenie, że będę mogła z chorymi być dłużej, porozmawiać, pomodlić się z nimi. Zrozumiałam jednak, że jako osoba konsekrowana niosę chorym błogosławieństwo przez fakt, że tam jestem, wchodzę, dotykam ich. Jeśli z chorym jest kontakt, to mówię, że jestem siostrą zakonną – opowiada s. Damiana. – Obawiamy się przede wszystkim tego, że zostanie nam nałożona kwarantanna i zostaniemy wycofane ze służby. I tego, żeby ktoś z pracowników przeze mnie nie został zakażony albo nie trafił na kwarantannę. Bo wtedy zaczynają się problemy, np. z pracą męża. Kłopoty dla całej rodziny – mówi s. Estera. – Samego zakażenia się nie boimy – wszystkie siostry kiwają głowami. Robię siedzącym na kanapie tymczasowego mieszkania w Koźlu służebniczkom zdjęcia. Oczy im błyszczą z radości, szczerze się uśmiechają. Czuję niewymuszoną życzliwość. Widzę, że są szczęśliwe.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama