Nowy numer 42/2020 Archiwum

Traktorem w ogródek

Jeśli w naszych lokalnych środowiskach nie pozwolimy sobie narzucić paradygmatu "wszyscy przeciw wszystkim", coś będzie musiało drgnąć i w skali kraju.

I cóż tu komentować... Wracać do urodzin św. Jana Pawła? Zatrzymać się przy rocznicy śmierci prymasa Wyszyńskiego? Zastanawiać się, kto miał rację, a kto nie miał w niedoszłej pielgrzymce do Częstochowy? A może obstawiać kandydatów na fotel prezydenta RP? Ale to znaczyłoby wróżyć z fusów, czy nie będzie jakiejś podmiany na liście, która i tak listą nie jest. Na podwórku kościelnym też jakoś nieciekawie, choć gdzieniegdzie zamęt... Pokolenie wcześniej urodzonych wspomina czasy uwięzienia prymasa. Wtedy wszystko było dwukolorowe - albo czerwone (z dodaniem sierpa i młota), albo białe - z orłem, choć bez (oficjalnej) korony. A dziś to się barwy rozmyły i nawet z kolorami tęczy trudności mamy. A komentator powinien coś skomentować i pomóc zdezorientowanym się zorientować. Trudna sprawa.

Tu kiedyś zeźliłem się, oglądając (ze słuchaniem jeszcze gorzej) kolejny show z rozmowami online polityków oraz komentatorów na kanale info telewizji. Biedni ci prowadzący program. Powinni mieć wyłączniki od mikrofonów, aby mógł mówić tylko jeden. Dobrze, jak mówią tylko dwie osoby, ale tych gadających bywa więcej, niektórzy z opóźnieniami na łączach, niektórzy z opóźnieniami w rozwoju bądź wykształceniu. Nie trafiło się wam kiedyś zeźlić, gwizdnąć na psa i pójść na spacer? To mi pozwala przetrzymać przedwyborczy (bezterminowo) wieczór, posłuchać śpiewu kosów (zięby o tej porze już śpią). A "politycy" gadają.

A miała być rozumna troska o wspólne dobro... Albo inaczej - miał być wielki, zbiorowy obowiązek... Każde słowo tych celnych określeń wydaje się być poniewierane w naszym kraju. Mam swoje opcje polityczne, ale nie występuję jako agitator. Irytuje mnie, gdy któraś strona w żywe oczy łże. Martwi mnie, gdy widzę, że i strona mi bliższa nie potrafi się tego ustrzec.

A sięganie po chwyty nie całkiem czyste jest nieuchronne wszędzie tam, gdzie raz zostanie zapoczątkowane. Bo to działa jak lawina - wystarczy jeden kamień potrącony bez szczególnych zamiarów, ale nieostrożnie. Jeszcze po małej chwili można lawinę udaremnić. Ale zwykle nie sposób tego zrobić. Wtedy przestaje istnieć troska, nie można zdefiniować, czym jest wspólne dobro. A obowiązek staje się li tylko hasłem ze słownika wyrazów egzotycznych i bardzo obcych. Jakikolwiek dyskurs przestaje być możliwy, a na ekranie w czterech ramkach cztery gadające równocześnie głowy. Moderator "dyskusji" może spokojnie pójść na drinka.

I po co o tym pisać? Żeby pomóc otrząsnąć się z narzucanej - choćby bezwiednie - narracji tych, którzy zagubili się w fundamentalnej wizji polityki. Tyle jest do zrobienia w małych kręgach naszego świata! Ot, mała ilustracja. W budynku, gdzie mam mieszkanko (mam, z księgą wieczystą), wymieniono nam drzwi. No, bo jest zarządca działający w imieniu wspólnoty. W nowych drzwiach otwieranie (a jakże, cyfrowe) nie działało, czasem odwrotnie - zamykanie nie działało. Interwencja, przyjeżdżają "majstry". Widzę, że to przerasta ich pojęcie. Za dwa tygodnie druga ekipa - jest tylko gorzej. Za kolejne tygodnie, a jakże, jest następna ekipa. Teraz to już katastrofa. Pani bibliotekarka stoi w deszczu na chodniku i nie może wejść do budynku (mnie akurat nie było). Za kilka tygodni zjawia się ktoś kolejny - z całkiem innej branży, ale z dobrą wolą. We dwóch staramy się postawić diagnozę, poprawić błędy montażu. Działa! Powinno było zaraz działać, tak naprawdę sprawa była prosta, ale nikogo to nie obchodziło, choć nikt nie robił tego z grzeczności, a ze zobowiązań wobec wspólnoty. Takich - choć wcale nie błahych - spraw mnóstwo w naszym świecie (i światku). Rozumna troska o dobro wspólne pilnie potrzebna.

Dokładnie tego brakuje wielkim politykom - tak w "wielkiej" polityce, jak i w tej maleńkiej, wręcz przyziemnej. Tworzenie przestrzeni wyznaczanej przez te trzy wektory w świecie naszych miast i miasteczek, gmin i powiatów powinno stać się rzeczywistością. Nie wolno ulegać tym, którzy usiłują dezintegrować społeczeństwo. Niekoniecznie ze złej woli. Po prostu hasła i programy zbyt rozległe nie zawsze dadzą się przełożyć na realia rzeczywistego świata - często małego i potrzebującego troski wszystkich. To coś tak, jak z ogródkiem i wielkim agregatem do uprawy ziemi. Maszyna razem z ciągnikiem zajmuje więcej powierzchni niż ma jej ogródek! Wjechać może by i wjechał, ale nie przygotuje grządek, tylko wszystko zniszczy. Inne muszą być prawidła rozumnej troski o dobro wspólne we wsi czy w mieście, inne w skali kraju.

Jasne, to, co ogólnokrajowe, co jest "wielką polityką", kształtuje politykę lokalną. Ale przecież ta lokalna polityka, ta lokalna troska, rozumna troska o wspólne dobro w ostatecznym rozrachunku jest glebą, z której ta wielka wyrasta. Jeśli w naszych lokalnych środowiskach nie pozwolimy sobie narzucić paradygmatu "wszyscy przeciw wszystkim", coś będzie musiało drgnąć i w skali kraju. Tu jest rola wszystkich. Ważna i trudna rola.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama