Nowy numer 25/2021 Archiwum

Pandemia w Andach

– Teraz u nas, w górach, nie jest źle. Gdyby jednak wirus przyszedł, nie byłoby wesoło – mówi ks. Dariusz Flak, misjonarz w Peru.

W Peru od 98 dni trwa stan wyjątkowy. – W kraju wprowadzono drakońskie rozwiązania. Od 18.00 obowiązywała godzina policyjna. Teraz już tylko od 21.00 do 4.00 rano. Ludzie, którzy łamali to prawo, szli do aresztu w kajdankach, a sąsiedzi bili brawo policji. Przez trzy dni w tygodniu w ciągu dnia na ulicę mogły wychodzić tylko kobiety, przez inne trzy – mężczyźni, a w niedzielę – nikt.

Restrykcje były wielkie, jak w Polsce i innych krajach europejskich. Ale mówi się o fenomenie peruwiańskim – wszystko poszło źle. Jedną z przyczyn jest tutejsza mentalność: ludzie przestrzegają zarządzeń tylko dlatego, że mogą być ukarani, kontrolowani. 65. dnia zamknięcia wyszli na ulice. Strach nadal jest, ale 70 procent ludzi żyje z dnia na dzień, nie ma zapasów. W domach nie ma lodówek. Ludzie musieli wyjść – mówi ks. Dariusz Flak, misjonarz diecezji opolskiej w parafii Salcabamba (diecezja Huancavelica) w Peru.

Aż umrze ostatni chory

Rozmawiamy o poranku (czasu peruwiańskiego) 9 czerwca, ksiądz oprowadza mnie przez kamerkę na WhatsAppie po podwórku swojej plebanii (3000 m n.p.m.). Jest cudnie: słońce, wysokie góry, palmy otaczające parterowy budynek. 86. dzień stanu wyjątkowego z powodu pandemii COVID-19. – Na dzisiaj stan jest taki: mamy 200 tysięcy zachorowań, 10 tysięcy ludzi w szpitalach, tysiąc pod respiratorami. To już i tak nieźle, bo na początku służba zdrowia zupełnie nie dawała rady. Były dramatyczne sytuacje – opowiada misjonarz. Fenomen peruwiański pod hasłem „wszystko poszło źle” widać na przykładzie jednej z hurtowni owoców w stolicy kraju – Limie. Przebadano 1600 pracowników. U 80 procent z nich stwierdzono koronawirusa. – U nas, w górach, stwierdzonych przypadków wirusa nie ma. Ale tak naprawdę nikt nie wie, bo nikt nie robi badań. Na początku epidemii nasz wiejski ośrodek zdrowia dostał polecenie, że w razie stwierdzenia zakażenia mają całkowicie i definitywnie zamknąć naszą gminę i czekać… aż umrze ostatni chory – mówi ks. Dariusz Flak. Gdyby wirus przedostał się w wysokie Andy, to sytuacja mogłaby być równie krytyczna jak w Amazonii, gdzie zagrożone wymarciem są wręcz całe szczepy Indian. – Ludzie nie mają odporności, są skrajnie niedożywieni. 80 procent dzieci ma anemię. A nasz ośrodek zdrowia nie ma żadnych lekarstw oprócz paracetamolu. Jedynym środkiem zapobiegawczym jest zamknięcie granic gmin. Wyjechać można tylko za pozwoleniem wójta i szefa powiatu, a od wczoraj – z negatywnym wynikiem testu. Ale na szczęście nie ma tu wojska ani policji. Na posterunkach stoją tutejsi ludzie. To zmienia sytuację. Całe Peru jest przeżarte korupcją i teraz to wychodzi jak na dłoni. Niby nie mogę dojechać do wiosek na Mszę, ale jak ktoś poprosi, to mnie puszczą. Tylko muszę im coś podarować: jakieś ciasto, słodycze, napoje. Tak to tu działa. Trudno to zrozumieć obserwatorowi z zewnątrz – opowiada misjonarz.

Nie było głodu

Dzięki nieformalnie funkcjonującemu systemowi udało się np. przywieźć pół tony mrożonych kurczaków z kurii w Huancavelica dla mieszkańców czy kontynuować rozpoczętą w lutym budowę kościoła w Salcabambie (bo stary już się do użytku nie nadawał). – Mogli przyjechać robotnicy i 24 tony materiałów. Myślę, że za dwa miesiące budowę skończymy – mówi ks. Flak. Duszpasterstwo właściwie zamarło. Od marca (czyli od początku roku szkolnego) zamknięte są szkoły. – Na terenie parafii mamy 17 gimnazjów, a przygotowanie do I Komunii św. czy bierzmowania odbywa się właśnie w szkołach. Teraz nic z tego. Duszpastersko ten rok mamy stracony. Bo raczej do końca roku dzieci do szkół nie wrócą. Rząd wprawdzie coś mówi o zdalnym nauczaniu, o tabletach dla każdego dziecka, ale to są jakieś fantazje – mówi opolski proboszcz z Salcabamby. Na szczęście w tym rejonie Peru nie było głodu, bo właśnie przed epidemią zakończyły się żniwa. – Dlatego mamy kartofle, kukurydzę, owoce. Gorzej jest w miastach. Tam w ogóle sytuacja jest inna. Kościoły są zamknięte, nie wolno nawet spowiadać. Stan wyjątkowy ma potrwać do 30 czerwca, od lipca prawdopodobnie będzie można odprawiać Msze św. A ja w niedzielę Mszę odprawiam. Ludzie przychodzą. W ubiegłą sobotę było już u nas targowisko – ludzie z wiosek z gór zeszli. Maseczki mieli – mówi misjonarz. – Były trudne momenty w pierwszych tygodniach. Ja też je przeżywałem. Najważniejsze to mieć konkretny plan dnia. Sytuacji nie zmienię. Ale generalnie teraz u nas, w górach, nie jest źle. Tylko to wszystko jest strasznie dziwną sytuacją. I nie wiemy, jak długo potrwa – mówi ks. Dariusz Flak.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama