Nowy numer 25/2021 Archiwum

Przypadki Wiktorii

Poruszyli niebo i ziemię, by ratować serce i życie dziewczynki, której nikt nie chciał.

Po operacji lekarze powiedzieli mi, że serce Wiktorii było już bardzo duże. I że to był naprawdę ostatni dzwonek. Bo serce by jej po prostu pękło – mówi Joanna Wilczek z Reńskiej Wsi k. Kędzierzyna-Koźla. Wiktoria ma wrodzoną wa- dę serca, tzw. zespół Ebsteina, i to aż trzeciego stopnia – bardzo ciężki. To niezwykle rzadka wada wśród wrodzonych wad serca – problemem jest źle ukształtowana zastawka trójdzielna, która pracując inaczej niż zwykle, staje się przyczyną następnych ciężkich komplikacji.

– Doktor Beata Chodór z zabrzańskiego Centrum Chorób Serca powiedziała mi, że jeszcze kilka lat temu dzieci z tą wadą umierały w wieku 5–6 lat – mówi J. Wilczek. Wiktoria nie ma jeszcze skończonych 4 lat. Ponad półtora roku temu trafiła do zastępczej rodziny Gerarda i Joanny Wilczków. I to był może jej pierwszy szczęśliwy traf w życiu.

Ja takie dzieci zbieram

Wiktoria była bowiem dzieckiem oddanym przez rodziców do domu dziecka. A ponieważ miała zdiagnozowaną ciężką chorobę, do zaadoptowania jej chętnych nie było. – Z Wiktorią było tak jak zawsze. Te dzieci, które nie mogą znaleźć domu, ja zbieram – mówi Joanna. Od ponad 18 lat z Gerardem są rodziną zastępczą. Pod opieką mieli już ponad setkę dzieci. Znają środowisko rodzin zastępczych i adopcyjnych jak mało kto. Joannę poproszono, żeby pomogła znaleźć rodziców adopcyjnych dla Wiktorii. – Szukałam, pytałam i w końcu dałam taką odpowiedź: „Nikogo nie ma”. A jak nikogo nie ma, to znaczy, że ja ją muszę wziąć. Wprawdzie nasz PESEL już nie jest najlepszy dla małego dziecka, ale dziecko nie patrzy na PESEL, tylko na to, że jesteś dla niego kimś ważnym i niezastąpionym – tłumaczy Joanna. Sytuacja prawna Wiktorii była uregulowana, więc państwo Wilczkowie dali jej swoje nazwisko, a Joanna została opiekunką prawną dziewczynki. Ale przede wszystkim zajęli się jej zdrowiem. Pierwsza wizyta u pediatry nie napawała optymizmem. – Powiedziała nam, że dwa miesiące temu w Kędzierzynie-Koźlu zmarło dziecko z tą wadą – opowiada Joanna. – Prawdę mówiąc, byliśmy gotowi nawet na to, że Wiktoria u nas umrze. Ale chcieliśmy, żeby – jeśli już to ma się stać – była otoczona miłością, czułością, wśród ludzi, którym na niej zależy – mówi Gerard.

Przyjechał bus piekarni Ruzik

To wcale nie oznaczało rezygnacji. Państwo Wilczkowie zaczęli szukać pomocy najlepszych kardiochirurgów dziecięcych. Jeździli na konsultacje do znanego prof. Edwarda Malca, do Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. – Raczej nas uspokajano, mówiono, że Wiktoria ma jeszcze czas – mówi Joanna. W CZMP proponowano nawet operację serca, tzn. wstawienie sztucznej zastawki. – Ale to mnie jakoś niepokoiło, jakoś mi to nie pasowało. No i w terminie wyznaczonym Wiki zachorowała. To odwlekło termin operacji – wspomina J. Wilczek. Potem prof. Malec zapewniał, że zoperuje małą. Ale czas biegł. Pewnego popołudnia na ulicy przy domu państwa Wilczków stanął bus piekarni Ruzik, rozwożący pieczywo. Joanna, kupując chleb, spotkała tam dr Danutę Gmyrek, ordynator oddziału pediatrycznego kozielskiego szpitala. – Znamy się dość dobrze, bo dużo naszych dzieci przez jej ręce przeszło. Spytała, co u nas, opowiedziałam o naszym zmartwieniu z Wiktorią. Poradziła kontakt z dr Beatą Chodur z Zabrza, która przyjmuje też w jednej z kozielskich poradni. Ten przypadek przy samochodzie piekarni zdecydował – opowiada. – Hm, przypadek… Doktor Chodór jest kierownikiem Poradni Kardiologicznej Dzieci i Transplantologii w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Powiedziała nam, że nie mamy czasu. Że trzeba szybko operować. W ciągu 3 dni skontaktowała się z dr. Pedro Da Silvą z Pittsburgha (USA) i przekazała nam do niego namiary. Doktor Da Silva rekonstruuje zastawki trójdzielne dzieci swoją autorską metodą. W środę – pamiętam dokładnie ten dzień – o drugiej po południu napisałam do niego. O dwunastej w nocy miałam odpowiedź. Była wstępna zgoda! – opowiada J. Wilczek. Dwa dni później zespół medyczny z Pittsburgha, po zapoznaniu się z dokumentacją medyczną Wiktorii Wilczek, wyraził zgodę na operację. Był styczeń 2020 roku. Podano cenę za operację – 100 tys. dolarów. – Dużo, ale nawet nie aż tak wiele, jak się spodziewaliśmy. Liczyliśmy, że to może być nawet kilka milionów złotych. Okazało się, że ceny za operacje są różne w różnych stanach USA. No, ale 100 tys. dolarów to dla nas też był kosmos – komentują Joanna i Gerard.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama