Nowy numer 30/2021 Archiwum

Przypadki Wiktorii

Poruszyli niebo i ziemię, by ratować serce i życie dziewczynki, której nikt nie chciał.

Ludzie dla Wiktorii

Datę operacji wyznaczono na 23 kwietnia. Zaczęła się walka o pieniądze i z czasem. W akcję pomocy włączyli się rodzina, dawni podopieczni, ich znajomi i przyjaciele, parafia, gmina, grupa pomocowa „SuperMy” z Kędzierzyna-Koźla, media lokalne i ogólnopolskie. Potrzebną kwotę uzbierano w niecały miesiąc. Tylko że w tym czasie rozpoczęła się pandemia koronawirusa… Szpital w Pittsburghu chciał się w tej sytuacji nawet wycofać z operacji i zwrócić pieniądze rodzicom. Joanna się nie zgodziła, następną operację wyznaczono na czerwiec. – Zrobiliśmy wszystko, co umieliśmy. Resztę niech zrobi Pan Bóg. On ma dużą głowę, niech myśli. Tak wtedy pomyślałam – mówi J. Wilczek. Tylko że samoloty wciąż nie latają. Nie wiadomo, jak i gdzie odbyć kwarantannę w USA. Tysiąc nowych przeszkód. Mikołaj, syn państwa Wilczków, zwraca się o pomoc do kancelarii premiera, potem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wszystkich porusza historia dziewczynki. Pomagają także Konsulat USA w Krakowie, polski konsul w Nowym Jorku, polonijna Fundacja „Dar Serca” w Chicago, proboszcz polonijnej parafii w New Jersey, koleżanka z dawnych oazowych lat mieszkająca w Chicago. Lista osób, które okazały bezinteresowną pomoc Wiktorii i jej rodzicom, jest bardzo długa. Jeszcze dłuższa – tych, którzy wsparli datkami koszt operacji.

Nie chcę oddychać

W końcu udało się polecieć. Dziewczynka spokojnie przespała długą podróż. Operacja prowadzona przez 11-osobowy zespół pod kierunkiem dr. Da Silvy zaczęła się 17 czerwca, trwała 8 godzin i skończyła się pomyślnie. – Siedziałam w specjalnym pokoju, co chwila informowano mnie o sytuacji. Opieka szpitala w czasie całego naszego pobytu była fantastyczna, dużo można o tym mówić. Ale gdy patrzyłam na zegar, wydawało mi się, że on stoi! – opowiada J. Wilczek. – A my tu, w domu, w tym czasie modliliśmy się wszyscy – dodaje Gerard. Najtrudniejsze chwile miały jednak dopiero nadejść. Dwa dni po operacji Wiktoria została wybudzona. Ale w jej płucach zbierało się dużo krwi i wody. Parametry medyczne spadały. Aparatura często zaczynała alarmować. Wiktoria miała kłopoty z oddychaniem. Trzeba ją było ponownie intubować. – W amerykańskich filmach czasem ludzie w szpitalach ze złości demolują wszystko. Miałam tak samo. Tam był taki fotel i miałam ochotę rzucić nim w okno. Bo czułam się bezsilna. Bo choć Wiki była w rękach najlepszych specjalistów, widziałam, że sytuacja jest zła i pogarsza się. Ja do niej mówię: „Oddychaj, Wiki!”. A ona mówi mi: „Ja nie chcę oddychać!”. W tym momencie nogi mi się ugięły – opowiada J. Wilczek. Dziewczynka spędziła kilka dodatkowych dni na OIOM-ie (mama mogła spać obok). – W tych trudnych dniach przyszła do mnie czarnoskóra pani doktor. Spytała mnie, czy ja wierzę, że jest coś więcej niż tu, na ziemi. Powiedziałam, że tak, że jestem katoliczką. I że wiara mnie tu trzyma. Ona wtedy wyciągnęła medalik i powiedziała: „Ja też, musimy teraz wierzyć”. I zawołała kapelana. Uważam, że palec Boży był w tym wszystkim. Na koniec dr Da Silva powiedział mi, że nie spodziewał się, iż wszystko pójdzie tak dobrze. Jego żona, która też operowała, wciąż jest ze mną w kontakcie na Messengerze, dopytuje o Wiktorię – mówi Joanna.

Tylko jedna korzyść

Oglądamy zdjęcia Wiktorii po operacji, na OIOM-ie (zgodnie z wolą rodziców nie publikujemy ich). Chyba nie ma nikogo, kto potrafiłby na ten widok – małego, zbolałego, pociętego ciałka i wielkich oczu, w których można tak wiele wyczytać – opanować wzruszenie. – Byliśmy przygotowani na wszystko. Mieliśmy wykupione ubezpieczenia na wszelkie sytuacje. Ale w czasie tej drugiej intubacji powiedziałam sobie: „Przecież nie przyjechaliśmy tu po to, żeby ona umarła!”. Dlatego taka byłam wściekła na to, że nie potrafię nic zrobić – mówi mama Wiktorii. Siedzimy w wielkim pokoju u państwa Wilczków, gdzie ruch jest bezustanny. Życie tu wręcz buzuje, co chwilę pojawia się nowa twarz. Nad kanapą od lat wisi wielki obraz Jezusa Miłosiernego. Asia bierze Wiktorię na kolana, układa fryzurkę z jej pięknych blond włosów. – Rodzicielstwo zastępcze to jest trudna rzecz. Ale piękna. Bo urodzi się na nowo życie dla tego małego człowieka. Chociaż jesteśmy jednak jak na tykającej bombie. Bo niektórzy ludzie oskarżają o różne korzyści z rodzicielstwa zastępczego. A korzyść jest tylko jedna: ta, co zostaje w sercu. I to, że potrafisz przestawić jedno życie na całkiem nowe tory – mówi J. Wilczek na pożegnanie. •

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama