Nowy numer 23/2021 Archiwum

Chciałabym tam wrócić

Siostra Maria Teresa Trenka ze Zgromadzenia Misyjnego Sióstr Służebnic Ducha Świętego na stałe wróciła do kraju po 34 latach pracy misyjnej w Ghanie.

Nie ukrywa, że tęskni za afrykańskim krajem, z którym związała swoje życie. – Ghańczycy są bardzo przyjacielscy, życzliwi i otwarci. Mają czas dla drugiego człowieka i dostrzegają, gdy ktoś potrzebuje pomocy. Wśród nich dobrze się czuję i jeśli tylko byłabym młodsza, to bym do nich wróciła. Niestety, w ostatnich latach zaczęły dokuczać mi upały, które w Ghanie są zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy – dzieli się s. Maria Teresa.

W kraju nad Zatoką Gwinejską

Ghana, którą zamieszkuje wiele plemion – jak Ga, Ashanti, Ewe, Gonja, Dagomba, Konkomba – leży w zachodniej Afryce nad Oceanem Atlantyckim, a dokładniej nad Zatoką Gwinejską, niestety coraz bardziej zaśmieconą. Sąsiaduje z Togo, Wybrzeżem Kości Słoniowej i Burkina Faso. S. Maria Teresa Trenka, która pochodzi z Karczowa, z parafii św. Wawrzyńca w Dąbrowie, poleciała do Ghany w 1986 roku. Rok wcześniej złożyła śluby wieczyste w Zgromadzeniu Misyjnym Sióstr Służebnic Ducha Świętego. – Po przyjeździe do Ghany pracowałam jako księgowa w prowadzonym przez nas szpitalu w Nkawkaw, a potem w szpitalu w Damongo, którego dziś już nie prowadzimy. Przejęły go miejscowe siostry. Pracowałam też w szkole pielęgniarskiej, również w księgowości, a następnie, aż do powrotu do Polski, byłam ekonomką prowincjalną. Równocześnie przez 6 lat posługiwałam na stacji misyjnej w Adeemmbra, gdzie zajmowałam się dziećmi i młodzieżą, a także pomagałam w księgowości w szkole gospodarstwa domowego – s. Maria Teresa wymienia kolejne miejsca pracy. Pod tymi licznymi zadaniami kryją się lata życia wśród Ghańczyków. – Odczuwam wielką potrzebę bycia z nimi. Szkoda, że nie jestem młodsza – mówi wprost.

– Przez 34 lata Ghana bardzo się zmieniła. Początkowo w większości miejsc nie było doprowadzonego prądu. Używane były generatory w szpitalach, a ludzie korzystali z lamp naftowych. Obecnie sytuacja się poprawia. Prąd doprowadzony jest już niemal wszędzie. Brakuje go jedynie w niewielkich i oddalonych miejscowościach – opowiada misjonarka.– Prężnie rozwija się 4-milionowa Akra, stolica kraju. Budowane są coraz piękniejsze domy, powstają lepsze drogi, ale rozwijają się też slumsy. W głębi kraju czas jakby się zatrzymał. Ludzie żyją w ubogich lepiankach, uprawiają rolę. Jeśli jest dobra pora deszczowa, to mogą liczyć na zbiory, a jeśli pory deszczowej nie ma albo deszczu jest za dużo, mają trudną sytuację, zwłaszcza że nie rozwija się tam żaden przemysł, który dałby im pracę. Młode kobiety przyjeżdżają do stolicy i zarabiają jako tragarki na targowiskach, nosząc potężne miednice z ciężarami, a potem wracają do domów, by zarobionymi pieniędzmi wspomóc rodzinę – opowiada.

Międzynarodowa wspólnota

Siostry misyjne przybyły do Ghany w 1946 roku. Z czasem pojawiły się miejscowe powołania, dlatego obecnie to siostry pochodzące z Ghany obejmują stanowiska w prowincji. Dziś jest tam 11 domów, a siostry prowadzą szkoły, szpitale i kliniki, czyli przychodnie z porodówkami, oraz podejmują pracę pastoralną. Ghana jest jedyną afrykańską prowincją Zgromadzenia Misyjnego Sióstr Służebnic Ducha Świętego i to w tym kraju jest jedyny na Czarnym Lądzie nowicjat sióstr misyjnych. Obecnie mistrzynią nowicjatu jest Polka, s. Bożena Borucka.

W Afryce siostry misyjne swoje placówki mają w Togo, Etiopii, Zambii, Angoli, Mozambiku, Botswanie, RPA i Ugandzie. Są to tzw. regiony, które jeszcze nie uzyskały statusu prowincji zgromadzenia. Postulantki z tych krajów nowicjat odbywają w Ghanie. – Obecnie jest 7 nowicjuszek, ale żadna z nich nie jest Ghanejką, więc po ukończeniu nowicjatu wrócą do swoich krajów. Z kolei 3 młode kobiety z Ghany właśnie kończą postulat i rozpoczną nowicjat – opowiada s. Maria Teresa. Prowadzenie placówek zdrowia i szkół jest trudnym zadaniem. – W Ghanie działa fundusz zdrowotny, na który ludzie wpłacają składki. Z tego funduszu szpitale i kliniki powinny dostawać zwrot poniesionych kosztów leczenia, ale tak się nie dzieje. W efekcie placówki zdrowia są bardzo mocno zadłużone, brakuje pieniędzy na ich prowadzenie, na zakup leków. Fundusz nie wypłaca świadczeń regularnie, często wypłaca zwrot po kilku latach bez naliczenia odsetek czy wyrównania do obowiązujących wyższych cen – wyjaśnia misjonarka. – Pomoc z zagranicy jest doraźna i nie zmienia ogólnej sytuacji finansowej placówek zdrowia, które bardzo trudno jest utrzymać – tłumaczy.

Bieda i zadłużenie

– Ghana ma duże zasoby złota i diamentów, ale jest krajem bardzo biednym, zadłużonym pożyczkami z Chin i innych krajów – wyjaśnia s. Maria Teresa. – Przyjeżdża tam wielu Chińczyków. Wybudowali ogromny port, z którego czerpią dochody. Sprzedają swoje towary, które nie są wysokogatunkowe, ale coraz powszechniejsze. Produkcja tradycyjnych tkanin ghanijskich jest kosztowna, a materiały sprowadzone z Chin są znacznie tańsze. Powszechna jest też sprzedaż odzieży używanej, pościeli czy ręczników, które są przywożone z Europy – opowiada. Ogromnym problemem jest utrzymanie pracowników służby zdrowia i publicznej edukacji, którzy pensje mają wypłacane przez rząd. Obowiązują tzw. listy płac – wynagrodzenie otrzymują osoby, które na tych listach są ujęte.

– Nieraz mija kilka lat, nim pracownik szpitala czy nauczyciel dostanie się na listę. A z czego ma żyć, zanim otrzyma pierwszą wypłatę? Prowadząc szpital, chcemy dawać pracownikom chociaż część wynagrodzenia, nim zaczną otrzymywać pieniądze od państwa. A to zadłuża placówki. Niekiedy dzieje się tak, że pracownik po dostaniu się na rządową listę płac zwalnia się z kliniki czy szpitala prowadzonego w głębokim buszu i podejmuje pracę w większym mieście, a my na jego miejsce musimy zatrudnić nową osobę, która kilka lat będzie czekała na dostanie się na listę płac – opisuje s. Maria Teresa. W Ghanie jest wysoki przyrost naturalny. Nawet małe miejscowości mają szkołę. – Nauczyciele pracujący w tych szkołach przez długi czas nie otrzymują pensji, co wpływa niekorzystnie na efektywność ich pracy – mówi. – Niełatwo też jest wykształconym pielęgniarkom. Najpierw było zapotrzebowanie na ich pracę, stąd wiele miejscowych kobiet zdobyło zawód, a teraz nie mają zatrudnienia – dodaje.

Głód Boga

– W Ghanie nie spotkałam człowieka, który byłby niewierzący. Ludzie są spragnieni Boga i szukają umocnienia w wierze. Jedynymi wyjątkami są osoby, które kształciły się za granicą – diagnozuje s. Maria Teresa. – Katolików w Ghanie jest około 12 procent. Najwięcej jest protestantów różnych wyznań, ale prężnie rozwija się też islam. W efekcie muzułmanów jest już więcej niż katolików. Budowanych jest wiele nowych meczetów, niedawno Turcy wybudowali piękny meczet w centralnym miejscu w Akrze. Poza tym w piątek, czyli w dzień święty dla wyznawców islamu, sklepy prowadzone przez muzułmanów są zamykane, co pokazuje, jak wielu ich jest – opowiada misjonarka. Dodaje, że w Ghanie nie toczą się spory między wyznawcami różnych religii. Panują pokojowe relacje, a walki, które toczyły się tu w latach 90. XX wieku, opierały się o konflikt między plemionami.

– Wracając do religii, to w Ghanie jest też mnóstwo nowych charyzmatycznych wspólnot wywodzących się z chrześcijaństwa. To sekty, które przyciągają zwłaszcza młodych ludzi. Lider takiego kościoła bierze głośnik, zasilacz i w przystępny sposób głosi słowo Boże na ulicach, targach i w minibusach. Oczywiście zbiera też ofiarę od ludzi, a oni chętnie ją wrzucają. Są otwarci na takie głoszenie. Niedaleko naszego domu prowincjalnego w Akrze niedawno powstał nowy kościół, który nazywa się Doxa. Jest też kościół Agape, są zielonoświątkowcy i mnóstwo innych. Część z nich ma swoje uczelnie i kształcą pastorów i liderów – relacjonuje misjonarka.

– W dzielnicy Akry, gdzie mieszkamy, prężnie rozwija się Kościół katolicki. Wybudowany w 2004 roku pawilon już nie mieści wszystkich przychodzących osób, dlatego rozpoczęła się budowa większego kościoła pw. Miłosierdzia Bożego. Ludzie są bardzo oddani tej sprawie, starają się przekazywać datki. Pielęgnują też przyjacielskie więzi, wspierają się wzajemnie. Przed Bożym Narodzeniem ubodzy z parafii mogą wypisać na kartce to, czego potrzebują. Kartki zawieszane są na drzewku, z którego inni mogą je wziąć i przygotować świąteczny prezent – opisuje. – Nasza wspólnota też wiele otrzymała od parafian. W domu prowincjalnym żadna z sióstr nie pracuje zawodowo, gdyż posługujemy innym wspólnotom naszej prowincji. Kiedy ludzie widzieli, że jesteśmy w potrzebie, byli bardzo hojni dla nas, pomagali nam materialnie. Podobnie było w innych miejscach, gdzie pracujemy. Czasem ktoś przyniósł kurę, ktoś inny orzeszki ziemne – z wdzięcznością podkreśla misjonarka. Pomagali również dobrodzieje, MIVA Polska czy lekarze z Polski i innych krajów. – Jestem wdzięczna Panu Bogu za dar powołania zakonno-misyjnego i za dar pracy na niwie misyjnej wśród najbardziej potrzebujących – podsumowuje s. Maria Teresa. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama