Nowy numer 48/2020 Archiwum

Posłana do Aleppo

COVID dziesiątkuje miasto, które stało się symbolem wojny w Syrii, i doprowadza wyczerpanych mieszkańców do nędzy. – Mimo że z natury jestem optymistką, często czuję się bezsilna, bezradna, przygnębiona, gdy widzę tyle łez, smutku, cierpienia – mówi s. Brygida Maniurka, mieszkająca tam opolska misjonarka.

Dwa tygodnie temu światowe media katolickie obiegł list o. Ibrahima Alsabagha, proboszcza rzymskokatolickiej parafii św. Franciszka w Aleppo (Syria). Opisywał on dramatyczną sytuację w mieście zrujnowanym trwającą już od 9 lat wojną w Syrii. „Z pięciu braci franciszkanów z naszego klasztoru na COVID-19 zachorowało czterech. Dwóch z nich zmarło. Tylko mnie choroba nie dotknęła.

Podobny odsetek zakażeń jest wśród współpracowników i rodzin naszej parafii. Słyszałem o ludziach dotkniętych covid-em, którzy musieli sprzedać swoje mieszkania, aby zapłacić za kilka dni leczenia w prywatnej klinice” – pisał o. Alsabagh, szacując, że w szczycie pandemii w dwuipółmilionowym Aleppo codziennie przybywało ponad 800 chorych. Od prawie pięciu lat w parafii św. Franciszka w Aleppo mieszka i pracuje s. Brygida Maniurka.

Wysłuchać bólu

Syria i Syryjczycy są jej miłością. S. Brygida pochodzi z Łagiewnik Małych (dekanat Zawadzkie), jest franciszkanką misjonarką Maryi (FMM). W bliskowschodniej prowincji zgromadzenia żyje od 32 lat. W Syrii – w sumie lat 25. Pięć lat temu skończyła kadencję ekonomki swojej prowincji. Mieszkała wtedy w klasztorze w stolicy Jordanii – Ammanie. Następną jej placówką okazało się Aleppo. Jakby wielu lat wojny było za mało, teraz przyszedł tam COVID. Zbiera bogate żniwo śmierci i wpędza w nędzę mieszkańców. – Wielu przychodzi do nas, bo są w szoku, potrzebują się wypłakać i być wysłuchanymi. Zwłaszcza osoby, które w bardzo krótkim czasie z powodu koronawirusa utraciły bliskich. Nierzadko kilka osób z tej samej rodziny, w odstępie kilku dni lub tygodni. Często zmarli byli jedynymi żywicielami rodziny i teraz żona z dziećmi nie mają żadnego dochodu. A tu nie ma pomocy socjalnej. Albo starsi rodzice zostali sami, gdy zmarł syn, czy osoby niepełnosprawne, niemające znikąd pomocy – opowiada s. Brygida.

Pytam o sytuację w klasztorze sióstr. – W klasztorze jest obecnie pięć sióstr: Francuzka, dwie Libanki, Syryjka i ja. Jak dotychczas na szczęście nikt z nas, ani ze studentek z naszego akademika, nie zachorował. Staramy się przestrzegać zasad bezpieczeństwa. Musiałyśmy zamknąć ośrodek dla dzieci z autyzmem i częściowo pracownię dla kobiet. Nie przyjmujemy żadnych grup. Nasze studentki też przestrzegają zasad higieny. Są bardzo narażone, bo muszą codziennie być na uniwersytecie, a tam często mają kontakt z chorującymi. Wśród studentów i wykładowców było kilka zgonów. Czy zostałam zakażona? Nie wiem. Jeśli tak, to przeszłam to bezobjawowo albo z symptomami lekkiej grypy – relacjonuje s. Brygida. Lockdown w Syrii trwał od marca do maja, ale ogromny wybuch epidemii w Aleppo nastąpił w lipcu. – I trwa do dzisiaj. Codziennie z powodu koronawirusa umierają dziesiątki ludzi. Na murach przy kościołach codziennie są rozwieszane nowe nekrologi, meczety każdą modlitwę (5 razy w ciągu dnia) poprzedzają wezwaniem do modlitwy za nowych zmarłych, wymieniając ich nazwiska – opowiada misjonarka.

Ceny

Zrujnowana wojną gospodarka podupadła jeszcze bardziej w czasie lockdownu. Nie tylko leczenie w prywatnych szpitalach jest horrendalnie drogie. Publiczna służba zdrowia, jak informował o. Alsabagh, to jeden wielki brak – szpitali, lekarstw, lekarzy, pielęgniarek. W Syrii nie ma ubezpieczeń zdrowotnych. Życie jest niewyobrażalnie drogie, wręcz nierealnie kosztowne. Gdyby nie ogromna pomoc parafii, wspieranej przez wiernych z całego świata, ludzi umierałoby jeszcze więcej. „Wielokrotnie dzwoniłem do rodzin, których bliscy chorowali, aby niemal »zmusić« ich do leczenia. Wielu z powodu ubóstwa odrzucało hospitalizację i zdecydowało się iść na spotkanie z »siostrą Śmiercią«. Tylko dzięki interwencji Kościoła żyją i powracają powoli do zdrowia” – pisał o. Alsabagh.

Siostra Brygida – jak przystało na dokładną ekonomkę – wylicza wskaźniki ekonomiczne. Przeciętna wypłata – 50 tys. funtów syryjskich. Wielu zarabia mniej – od 35 do 40 tys. Kilogram mięsa – 14 tys., kilo sera – 7 tys., kilo ryżu – 1700, 5 placuszków chleba – 200, kilo kaszy bulgur – 1400, kilo mleka w proszku – 9800, litr oliwy – 9000. Test PCR wykrywający zakażenie kosztuje trzykrotną pensję. – Wykonują go tylko ci, którzy chcą podróżować za granicę – mówi s. Brygida. Wikariusz apostolski Aleppo bp Georges Abou Khazen gorzko podsumowuje sytuację w wypowiedzi dla serwisu AsiaNews: „Ludzie mówią, że lepiej było w czasie wojny. Bo teraz muszą walczyć przeciwko wirusowi, inflacji, kosztom życia. W kolejce po benzynę trzeba czekać nawet trzy, cztery dni. Słucham ludzi mówiących, że popełnili błąd, nie uciekając stąd. Nawet my, liderzy wspólnot chrześcijańskich, nie wiemy, co powiedzieć, ale po prostu staramy się być z ludźmi i pomagać jak tylko to możliwe”.

Ojciec Alsabagh wylicza projekty pomocowe realizowane przez parafię dzięki wsparciu z zagranicy: pomoc żywnościowa, pokrywanie wydatków zdrowotnych, wsparcie niepełnosprawnych, pieluchy dla niemowląt i osób starszych, ubranka dla niemowląt, pomoc w zakupie mazutu do ogrzewania na zimę, wsparcie wydatków szkolnych, pomoc w remoncie zniszczonych domów, mikrokredyty dla próbujących uruchomić własną działalność, wsparcie nowożeńców.

Nasza siostra

S. Brygida Maniurka w parafii św. Franciszka w Aleppo spełnia wiele funkcji. Zna cztery języki, więc pomaga w realizowaniu projektów pomocowych – kontaktuje się z darczyńcami z Polski, a także z tymi, którzy posługują się francuskim lub angielskim. Pomaga przy dystrybucji pomocy humanitarnej przez parafię. W czasie wakacji współorganizowała półkolonie dla 600 dzieci z ośrodka katechetycznego. – Naszym celem było, żeby dzieci mogły wyjść z domów, spotkać się z kolegami, pobawić się i najeść do syta – mówi. I wysłuchuje przychodzących ludzi, wspiera ich. – Wczoraj przyszła do mnie nauczycielka francuskiego i błagała, żebym znalazła dla niej drugą pracę – po południu i wieczorami. Choć pracuje i ona, i jej chory na stwardnienie rozsiane mąż, nie są w stanie utrzymać rodziny. Mają dwie córki. Samo roczne czesne dla starszej z nich wynosi 200 tys. funtów syryjskich. Takich przykładów mogłabym przytoczyć dziesiątki – mówi misjonarka.

Jak radzi sobie w tym ogromie ludzkich nieszczęść trwającym już od lat? – Czuję mocno, że Pan Bóg, posyłając nas, towarzyszy nam swoją mocą. Czuję się posłana do Aleppo przez Niego. Kiedy mnie zapytano, czy byłabym gotowa udać się do Aleppo, moje „tak” opierało się na świadomości, że to Pan Bóg o to mnie prosi, oraz na ufności, że On będzie ze mną. Nasze siły szybko się kończą. Mimo że z natury jestem optymistką, często czuję się bezsilna, bezradna, przygnębiona, gdy widzę tyle łez, smutku, cierpienia. Na codziennej modlitwie, Mszy św., adoracji oddaję wszystkie te osoby i ich cierpienia Panu Jezusowi. I to mi przynosi ulgę i ukojenie. Daje siły, by następnego dnia na nowo słuchać, pocieszać, koić, w miarę możliwości nieść pomoc. Nierzadko też wiara tych osób, tak doświadczanych i cierpiących, ich zaufanie Panu Bogu, buduje mnie i nawraca. Umacnia też świadomość, że otacza mnie modlitwa wielu osób. Niektóre zapewniają mnie o tym. Dziękuję wielu osobom z mojej diecezji opolskiej – przepraszam, że nie wymienię, bo lista byłaby bardzo długa! – za wsparcie modlitewne, a także materialne naszych programów pomocy humanitarnej i za liczne wiadomości z zapewnieniem o pamięci – mówi s. Brygida Maniurka. Pamięć pozornie tak niewiele kosztuje. A jednak nie jest łatwa. Czy wystarczy nam sił ducha, by o dramacie Aleppo i o żyjącej tam naszej siostrze nie zapomnieć?•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama