Nowy numer 4/2021 Archiwum

Manicure barokowego aniołka

„Ja nie jestem w stanie namalować gwardiana, bo ja gwardiana jeszcze nie znam” – wspomnienie o. Jozafata Gohlego OFM o zmarłym wczoraj śp. Georgu Mitschke, twórcy wystroju bazyliki św. Anny Samotrzeciej na Górze Świętej Anny.

W latach 1997-2006 dane mi było pełnić funkcję gwardiana klasztoru i kustosza sanktuarium na Górze św. Anny. Gdy jako gwardian przybyłem do klasztoru, pan Georg Mitschke już tam mieszkał i traktowany był jak stały mieszkaniec domu. Zajmował celę zakonną na pierwszym piętrze. Podobnie jak wielu mieszkańców tego klasztoru. Niewielki pokój, do którego wchodząc, trzeba pochylić nisko głowę. Klasztory budowane przez franciszkanów-reformatów w XVIII w., a takim jest ta część klasztoru na Górze św. Anny, gdzie on mieszkał, miały małe cele zakonne, z niskimi drzwiami. Futryna jest na wysokości ok. 170 cm. Sam pokoik niewielki. Na długość mieściło się z jednej strony łóżko i umywalka. Po przeciwnej stronie niewielka szafa, jakieś biurko z krzesłem, czasami jeden regał na książki. Pan Mitschke mieszkał właśnie w takich skromnych warunkach. Łazienka i toaleta wspólna z zakonnikami w środkowej części klasztoru, do których w razie potrzeby miał kilkadziesiąt metrów. Posiłki, choć bardzo dobre, ale na bocznym stole w kuchni klasztornej z innymi pracownikami lub w samotności. Przy okazji świąt i uroczystości zapraszany był do wspólnego stołu z zakonnikami w refektarzu. Naprzeciw swojego pokoju zajął jeden z pokoi gościnnych na pracownię. Powierzchnia pracowni była podobna do pokoju mieszkalnego, a więc nie powalała wielkością. Dodatkowo okno wychodziło na wirydarz, a zatem cały dzień trzeba było palić światło, by w pracowni było wystarczająco jasno. Wydawałoby się, że to wystarczy dla człowieka, który pojawił się przy furcie klasztornej na początku latach dziewięćdziesiątych na krótko, by tylko „dokończyć dzieła swojej rodziny w bazylice św. Anny” i pozostał na kolejne dwadzieścia pięć lat. Nabrałem jeszcze większego szacunku i podziwu dla tego człowieka, kiedy miałem okazję zobaczyć na własne oczy jego miejsce zamieszkania w Niemczech. Miał przecież swoje własne mieszkanie w Münster. Szeregowa zabudowa w dzielnicy na obrzeżach miasta akademickiego. Spokój, cisza, wokół zieleń i płaska panorama westfalskich pól. Własne mieszkanie na parterze, z kuchnią, obszernym salonem z widokiem na niewielki ogródek. Dodatkowe pokoje na piętrze. Toalety i łazienki na wyciągnięcie ręki na parterze i piętrze. Własny garaż dla samochodu. Zamienić takie przestronne i jasne mieszkanie na kilkanaście metrów kwadratowych? Czym kierował się człowiek, który był gotów zrezygnować z wygodnego życia w zachodnich Niemczech, by zamieszkać w skromnych warunkach franciszkańskiego klasztoru? Powołanie? Misja? A może miłość do tego niezwykłego miejsca, jakim jest Góra św. Anny? Co inspiruje człowieka, który rezygnuje ze spokojnego i wygodnego życia w Niemczech, aby poświęcić się pracy bez wynagrodzenia dla Bożej sprawy?

Pan Georg Mitschke to człowiek głębokiej wiary. Niejednokrotnie potrafił mnie inspirować swoją pobożnością. Zawsze, kiedy jest na Górze św. Anny, a to przecież większość roku, codziennie uczestniczy w porannej Mszy świętej. Ma swoje stałe miejsce na chórze, po lewej stronie, patrząc od ołtarza. Pochodzi z rodziny o korzeniach niemieckich. Urodził się jeszcze przed II wojną światową w Ziegenhals, dzisiejsze Głuchołazy na Opolszczyźnie. Nigdy jednak nie nauczył się języka polskiego. Z tego względu, kiedy uczestniczy we Mszy świętej pochyla się nad niemieckim „Schottem” (SchottMessbuch– Mszał z czytaniami), aby śledzić czytania mszalne w języku niemieckim i uczestniczy w pełni w Eucharystii. W pełni, bo zawsze schodzi z chóru, by przystąpić do komunii świętej. I znowu czyni to z wielką pobożnością i skupieniem, na kolanach, ze złożonymi rękami. To świadectwo wiary można u niego zauważyć nie tylko w czasie Mszy świętej. Wiele czasu spędzał w bazylice przy malowaniu obrazów, ścian, szlifowaniu ornamentów, polerowaniu złoceń. Wielokrotnie w ciągu jednego dnia trzeba było przechodzić przez kościół, by przynieść farby, potrzebny materiał, przenieść drabinę czy elementy rusztowania. Zauważyłem, że Georg za każdym razem, kiedy przechodził przez środek kościoła, zatrzymywał się i przyklękał przed Najświętszym Sakramentem. Mógł z drugą osobą nieść długą drabinę, która była potrzebna, by dosięgnąć do ornamentów na pilastrze, ale przechodząc przez środek bazyliki za każdym razem zatrzymywał się, opierał na chwilę drabinę o posadzkę, by uklęknąć i oddać cześć Jezusowi ukrytemu w tabernakulum. Miałem okazję w życiu pracować z wieloma osobami zajmującymi się konserwacją i malowaniem w kościołach. Uczestniczyłem w różnych komisjach konserwatorskich, które wewnątrz kościoła oglądały wykonane prace, ale nie spotkałem u tych ludzi takiej pobożności, jak u tego człowieka. Wiele razy postawa pana Mitschke była bardzo budująca dla mnie. Myślę, że wynika to z jego głębokiej wiary. Przekłada się to również na jego prace malarskie. Dla Georga nie ma prostego zadania do wykonania typu np. ‘namaluj obraz modlącej się Anny’ (matki Samuela za Starego Testamentu). On będzie od razu zadawał pytania: Jaką treść teologiczną ma ten obraz przedstawiać? O jakich wartościach ma mówić ten obraz? Jaką katechezę można na podstawie tego obrazu powiedzieć? Obraz, który on maluje powinien przemawiać do oglądającego swoją treścią, ukazywać bogactwo głębi, przemawiać, a nie tylko sucho przedstawiać sceny. To byłoby zbyt mało. Z tego powodu powstawanie niektórych obrazów trwało bardzo długo.

Mam w tym względzie kilka osobistych, ale i humorystycznych przeżyć z panem Georgiem.Byłem w sanktuarium św. Anny Samotrzeciej na przełomie tysiąclecia. Wspólnie przeżywaliśmy Rok Milenijny 2000. Wiedzieliśmy, że Mitschke jest dobrym portrecistą. Któregoś dnia siedzieliśmy przy wspólnej kawie. Jeden ze współbraci zaproponował, by wrócić do starej tradycji zakonnej, by na ścianach korytarzy klasztornych wisiały portrety olejne przełożonych klasztoru. Na Górze św. Anny jest kilka portretów z poprzednich stuleci. Natomiast przełożeni klasztoru od 1859 r. są udokumentowani tylko na zdjęciach. Pan Mitschke ożywił się w dyskusji i jak najbardziej wyraził ochotę na to, by coś takiego realizować. Wtrąciłem się więc do rozmowy pytając: „Kiedy umawiamy się na sesję malarską?” Rozmowa potoczyła się jednak nie tak, jak oczekiwałem. Na moje pytanie pan Mitschke odpowiedział: „Ale ja gwardiana jeszcze nie mogę namalować.”. Pytam: „Co za problem? Umawiamy się na konkretną godzinę. Ja sobie usiądę wygodnie w fotelu, a pan będzie malował.” I usłyszałem odpowiedź, która zamknęła mi usta na kolejne lata: „Ja nie jestem w stanie namalować gwardiana, bo ja gwardiana jeszcze nie znam”. Pomyślałem sobie, że przecież mieszkamy od trzech lat pod jednym dachem. Pozdrawiamy się na korytarzu przy każdym spotkaniu. Wymieniamy drobne uwagi. Omawiamy kolejne prace renowacyjne w bazylice. Po trzech latach mieszkania w jednym domu, pod jednym dachem, on mówi, że mnie nie zna i nie jest gotów mnie namalować. Chodziło o to, że nie był w stanie przedstawić na portrecie mojego wnętrza i to, czym żyję, co dla mnie jest ważne. Ile czasu potrzebujemy, by naprawdę poznać drugiego człowieka?

A co z portretem? Trzy lata później zaczepił mnie na korytarzu pytając: „Czy malowanie portretu jest nadal aktualne?” Odpowiedziałem, że decyzja jest po jego stronie, bo ja jestem gotowy umówić się na sesję malarską, ale to on wcześniej nie był gotowy. „Teraz już mogę gwardiana namalować” – odpowiedział z uśmiechem. Sprawa jednak ciągnęła się przez kolejne lata. Rozpoczął szkice na wiosnę 2003 roku, ale kiedy się okazało, iż pozostaję na Górze św. Anny na kolejne trzy lata, prace przyhamowały. W 2006 r. upływała moja trzecia kadencja jako przełożonego domu, więc było wiadomo, że na pewno odejdę z klasztoru. Wtedy nasze robocze spotkania malowania portretu przybrały na intensywności. Potrzebował wielu godzin, by udoskonalić szczegóły. Kilka razy malował te same szczegóły, bo nie był zadowolony zefektów swojej pracy. Ja natomiast nie zawsze miałem dobrą kondycję, by w jednej pozycji siedzieć nieruchomo przez ponad godzinę, więc często zasypiałem, a Georg delikatnym chrząkaniem budził mnie. Po kapitule w 2006 r. okazało się, że przenoszę się do Domu Pielgrzyma, a zatem będę blisko. Po raz kolejny tempo malowania portretu przyhamowało. Dopiero w 2007 r., kiedy w maju otrzymałem obediencję do Głubczyc, pan Mitschke postanowił dokończyć portret. Otrzymałem go w grudniu z zaznaczeniem, że muszę uważać, bo farba na płótnie jeszcze nie wyschła. A zatem ostatnie poprawki były kilka minut wcześniej. Georg Mitschke to prawdziwy mistrz potrzebujący czasu na realizację prac.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama