Nowy numer 4/2021 Archiwum

Dom potrzebuje remontu

Pomóżmy siostrom józefitkom z Kluczborka wymienić dach na klasztorze i założyć mechaniczną wentylację.

Dach jest tak dziurawy, że deszcz, a zimą śnieg, wpada do środka. Koszt generalnego remontu przekracza możliwości finansowe zgromadzenia, dlatego siostry już w lipcu prosiły w mediach społecznościowych o wsparcie pilnych napraw darowiznami, które można wpłacać na konto fundacji Niebolandia (szczegóły na niebolandia.jozefitki.pl). Dziś prośbę ponawiają, bo wymiana dachu nie jest jedynym problemem.

Astronomiczne sumy

– Każdego dnia modlimy się za naszych darczyńców. Jesteśmy bardzo wdzięczne, ale potrzeby wciąż są ogromne. Wydawało nam się, że do naprawy jest tylko dach, a gdy swoją pracę zakończyli rzeczoznawcy, dowiedziałyśmy się, że nie mamy w budynku wentylacji mechanicznej, stąd utrzymująca się w murach wilgoć. Osuszanie było robione w 2005 r., ale obecnie trzeba udrożnić studzienki. To dla nas kolejne wydatki. Remont, który miał kosztować do 0,5 mln zł, ostatecznie został wyceniony na ponad 1,5 mln – mówi s. Mateusza Ciszewska, przełożona prowicjalna. – Założenie wentylacji jest niezbędne, ponieważ nawet jeśli wymienimy dach i udrożnimy studzienki, to w murach jest woda, która utrzymuje się na wysokości 1,5 m i sama z siebie się nie osuszy. Po założeniu wentylacji, po zrobieniu dachu i po udrożnieniu studzienek potrzeba około 3 lat, żeby ten dom się wysuszył – wyjaśnia s. Mateusza. – A to nie koniec trudności, ponieważ podczas burzy piorun uderzył w wieżyczkę na klasztorze i uszkodził centralę pieca. Nie wiedziałyśmy, że to aż tak poważna sprawa, dopóki nie miało zostać uruchomione ogrzewanie. Automatyka nie ruszyła i konieczny był zakup nowego pieca. W tej chwili dobiegają końca prace związane z jego wymianą – dopowiada s. Julita Lipieta, mistrzyni nowicjatu.

Najmłodsze i najstarsze

Klasztor w Kluczborku, w którym siostry józefitki mieszkają od 1946 r., jest jednym z 15 domów wrocławskiej prowincji Zgromadzenia Sióstr św. Józefa. Od lat mieści się tu nowicjat, a od tego roku zamieszkały tu również starsze siostry. – Myślę, że to cenne dla nas wszystkich, bo dzięki temu w jednym domu łączy się początek życia zakonnego, czyli nowicjat, z jego zmierzchem, z odchodzeniem. Siostry, które rozpoczynają swoje życie zakonne, mogą czerpać z doświadczenia sióstr, które w zgromadzeniu przeżyły wiele lat – podkreśla s. Mateusza. Obecnie w Kluczborku mieszka kilkanaście sióstr starszych. Wśród nich jest 95-latka, najstarsza w zgromadzeniu. – To siostry, które przeżyły wojnę i trudny czas komunistyczny, kiedy musiały być wytrwałe w postanowieniu służenia Panu Bogu – mówi przełożona prowincjalna. To właśnie dla nich postanowiły wyremontować pokoje i łazienki. – Na ścianach były zacieki i rakotwórczy grzyb. W niektórych pomieszczeniach po prostu płynęła po ścianach woda. To efekt stanu dachu – mówi s. Mateusza. – W ostatnim czasie 4 pokoje i 2 łazienki już wyremontowałyśmy. Łazienki są dostosowane dla osób niepełnosprawnych – mówi s. Julita. – To na razie wystarczy. W przyszłości chciałybyśmy całe piętro w taki sposób przerobić. Starzejemy się, a ze wszystkich domów, jakie mamy w prowincji, ten w Kluczborku ma największą przestrzeń. Pomieszczenia są duże, a korytarze szerokie, dlatego łatwiej je przystosować. To też znacznie mniejszy koszt, niż gdybyśmy chciały to zrobić w domach, w których pomieszczenia są małe, a korytarze wąskie – podkreśla s. Mateusza.

Gościnne progi

Klasztor został wybudowany staraniem kluczborskiej parafii MB Wspomożenia Wiernych w latach 1901–1903 i z tego czasu pochodzi większość dachówek. Belki są jedzone przez korniki, a folia izolacyjna podczas ostatniego remontu została źle położona. – W założeniu miała odprowadzać do rynien wodę, która przeciekłaby przez dachówki, ale niewłaściwie położona nie spełniała swojego zadania. Woda wlewała się do środka, a gdy z czasem folia miejscami się przedarła, to wpadał również śnieg, który trzeba było usuwać wiaderkami – wyjaśnia siostra prowincjalna. W wybudowanym na początku XX wieku domu mieścił się Zakład św. Anny z sierocińcem, szkołą dla dzieci i klasztorem sióstr elżbietanek, które mieszkały tu do 1945 r. Elżbietanki pozostawiły po sobie żłobek i przedszkole, które wkrótce przejęły władze komunistyczne. Dziś mieszkające w Kluczborku starsze siostry józefitki służą cierpieniem i modlitwą. Opiekują się nimi trzy młodsze siostry. Kolejna pracuje jako pielęgniarka w szpitalu. Są też katechetka i zakrystianki. Ponadto siostry animują wspólnoty Dzieci Maryi w obu kluczborskich parafiach, a s. Konstancja na prośbę ludzi prowadzi modlitwę różańcową za zmarłych. – Przy naszej wspólnocie funkcjonuje Modlitewna Grupa św. Józefa, do której należą osoby świeckie. Ta grupa spotyka się raz w miesiącu w naszym domu, a w pierwszą środę miesiąca w parafii MBWW na Mszy św. i nabożeństwie do św. Józefa – opowiada s. Julita. W gościnnych progach sióstr swoje spotkania mają czasem też inne grupy, choćby Odnowa w Duchu Świętym. Kaplica jest otwarta. Można przyjść na Mszę św. i na indywidualną modlitwę. Siostry udostępniają pokoje na pobyt w ciszy. Służą też rozmową. Warto wiedzieć, że trwający rok 2020 jest w Zgromadzeniu Sióstr św. Józefa rokiem jubileuszowym, bo 1 stycznia minęła 100. rocznica śmierci św. ks. Zygmunta Gorazdowskiego, założyciela zgromadzenia.

Modlitwa o siły

– Zachęcamy do modlitwy za jego przyczyną. Jest specjalistą od narodzin dziecka, znalezienia pracy czy ratowania ludzi ulegających wypadkom. Zarówno do beatyfikacji, jak i do kanonizacji posłużyły cuda uzdrowienia osób z ciężkich wypadków samochodowych. Nasz założyciel wstawia się w wielu sytuacjach życiowych. Warto go poznawać, zaprzyjaźnić się z nim. Żył w czasach podobnych do dzisiejszych, bo wtedy też była epidemia, ludzi dotknęła cholera – opowiada s. Mateusza. – Własnymi rękami grzebał ciała osób, które były wyrzucane na ulicę. Nie zaraził się, choć był wątłego zdrowia – dodaje s. Julita. Czym inspiruje dzisiaj? – Przez 2 tygodnie posługiwałam w ognisku koronawirusa, bo z dnia na dzień w naszym ZOL-u w Wierzbicach k. Wrocławia 51 dzieci zostało bez opieki. Nasz personel zakonny został zakażony, a personel świecki został skierowany na kwarantannę – opowiada s. Mateusza. – Tam mocno czułam obecność założyciela. Inspirowałam się jego modlitwą, która mu towarzyszyła, gdy oczekiwał na zgodę na święcenia kapłańskie: „Wszechmogący, użycz mi sił, bym spełnić mógł Twe posłannictwo, a całe życie poświęcę dla dobra bliźnich”. Będąc w Wierzbicach, cały czas modliłam się o siły do posługi, która trwała po 12 godzin każdego dnia, oczywiście w pełnym umundurowaniu i reżimie sanitarnym. Były momenty, że brakowało mi sił fizycznych, ale prosiłam o nie i Pan Bóg mi je dawał. Rozumiałam założyciela w tym, że on nigdy nie prosił o zmianę sytuacji, nie prosił o uzdrowienie, tylko prosił o siłę – dzieli się s. Mateusza.

Serce przy Bogu, ręce przy pracy

Święty Zygmunt Gorazdowski urodził się 1 listopada 1845 r. w Sanoku. Wychowany był w dobrej rodzinie katolickiej, w której pielęgnowano głęboki patriotyzm. W okresie niemowlęcym, w czasie tzw. rzezi galicyjskiej został ukryty przez niańkę pod kołem młyńskim i nabawił się choroby płuc, która towarzyszyła mu przez całe życie. Jako 18-letni gimnazjalista wziął udział w powstaniu styczniowym, co przypłacił nasileniem gruźlicy. Potem, w seminarium, ze względu na chorobę płuc i zagrażające życiu krwotoki wstrzymano mu święcenia kapłańskie na czas nieokreślony. Po kilku latach przyjął je w katedrze lwowskiej. Świetnie łączył pracę duszpasterską z charytatywną, a wszystko zanurzał w kontemplacji. – W założycielu inspiruje mnie łączenie modlitwy z pracą. To przejawia się też w haśle, które nam, siostrom św. Józefa, pozostawił: „Serce przy Bogu, ręce przy pracy”. Myślę, że siły do swojej wielkiej posługi czerpał z modlitwy. Miał zwyczaj o 15.00 łączyć się z ukrzyżowanym Jezusem. Wtedy jeszcze nie było Koronki do Bożego Miłosierdzia. Nasz założyciel wyprzedził ten czas. Z relacji sióstr wiemy, że ta godzina dla niego zawsze była świętą – mówi s. Mateusza. – Dla mnie nasz założyciel jest człowiekiem modlitwy. Powtarzał, że modlitwa jest kluczem do skarbnicy Bożych łask i zachęcał, żeby często po ten klucz sięgać, żeby otrzymywać to, co potrzebne w życiu doczesnym i wiecznym. Był zapatrzony w Chrystusa. Zawierzył Bożej Opatrzności. Tego wszystkiego uczy mnie każdego dnia. Dla niego ważny był każdy konkretny człowiek. Dbał o godność każdej osoby. Łączył działanie z kontemplacją, chciał być nieustannie złączony z Bogiem. Powtarzał: „Ufaj Opatrzności Bożej, bo wszystkim kieruje dla twojego dobra” – dzieli się s. Julita. Siostry józefitki ufają Bożej Opatrzności również w kwestii czekającego je remontu, na który zbierają środki.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama