Nowy numer 4/2021 Archiwum

Nie jesteś sam

O osamotnieniu w pandemii i przeżywaniu straty mówi Małgorzata Matusik-Belik, psycholog.

Karina Grytz-Jurkowska: Jesteśmy w trakcie drugiej fali pandemii, przed nami perspektywa kameralnych i przeżywanych bez wielu członków rodziny świąt Bożego Narodzenia. Niektórzy źle znoszą odosobnienie, przeżywają chorobę swoją lub bliskich. Wielu opłakuje stratę drogiej osoby. Jest to tym trudniejsze, że nie można się pożegnać, spojrzeć na zmarłego...

Małgorzata Matusik-Belik: Obecna sytuacja, która trwa już od wiosny, przyniosła nam wiele zmian. Dotyczą codziennego funkcjonowania i dotykają wszystkich grup społecznych, począwszy od dzieci, które zostały niejako wybite z normalnego rytmu.

Dzieci, które dotąd prezentowały postawę „O nie, znowu do szkoły...”, po kilku miesiącach nauki w domu mówią: „Tęsknię za szkołą”, co jest absolutną rewolucją. To pokazało, jak ważny jest dla nas pewien rytm funkcjonowania. Wielu dorosłych przeżywa lęk nie tylko o zdrowie, ale o utratę pracy bądź jej faktycznie doświadcza, mierzy się z realnymi trudnościami finansowymi. Wreszcie seniorzy. W wieku starszym człowiek najbardziej przyzwyczajony jest do pewnej stabilizacji życiowej, to niejako jest niezbędne do zachowania minimum komfortu, pewnego porządku i poczucia bezpieczeństwa. Także presja społeczna – przekaz informacyjny wskazuje, że największa umieralność jest wśród seniorów i osób, które mają choroby współistniejące – powoduje lęk, z którym muszą się zmierzyć np. przed wyjściem do sklepu, spotkaniem z drugim człowiekiem, hospitalizacją.

Jak sobie z tym radzić?

Nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich. Z jednej strony każdy musi wypracować własne sposoby na radzenie sobie w tej sytuacji. Z drugiej, potrzebna jest w nas wrażliwość na drugiego człowieka, na to, że obok jest ktoś, kto może być w potrzebie, że warto o to zapytać, może powiesić na swoich drzwiach albo na klatce schodowej kartkę ze swoim numerem telefonu i informacją, że w razie potrzeby chętnie pomogę. Niektórzy się mniej boją, ale są i tacy, którzy boją się tak bardzo, że przez cały czas wiosennych i obecnych ograniczeń nie wychodzą z domu. Trzeba po prostu być na siebie wzajemnie uważnym, ale też zadbać o swoje potrzeby, żeby się nie obawiać braku chleba czy leków. W tym przypadku umiejętność zwracania się po pomoc, mówienia o swoich potrzebach ma znaczenie. Obecny czas to również okazja, by się odezwać do osób, z którymi się od dawna nie rozmawiało. Może to też dobry czas do wyciągnięcia ręki, zakończenia jakiegoś konfliktu, nieporozumienia, przeproszenia, powiedzenia: „Puśćmy to, co było w niepamięć i pomagajmy sobie w tym trudnym czasie”.

Trudno się odwiedzać, ale są np. telefony, internet... Warto z tego korzystać.

Takie pielęgnowanie relacji, dzwonienie do bliskich, znajomych, to dobry pomysł i to dotyczący wszystkich grup społecznych, nie tylko starszych. Moje dzieci też mówią: „Wiesz, mamo, zrobiłam to i to, a teraz idę pogadać ze znajomymi przez internet”. Potrzebujemy tego wszyscy, żeby się odstresować, a poczucie osamotnienia w przypadku starszych jest jeszcze większe. Ale też zamiast czekać na telefon, warto samemu zadzwonić.

Bywa, że stajemy przed trudnymi sytuacjami, związanymi nie tylko z aktualną sytuacją epidemiczną, ale w ogóle z chorobą, śmiercią kogoś bliskiego. Trudno to przeżywać, ale i „być obok”.

Jako psycholog hospicyjny często słyszę od osób, które przeżywają żałobę: „Ja przeżywam podwójnie stratę, bo nie dość, że zmarła bliska mi osoba, to jeszcze jakby zniknęli wszyscy moi znajomi”. A osoby z jej otoczenia mówią o swoim zakłopotaniu, bezradności. „Nie wiem, jak się zachować” – przyznają. W takiej sytuacji zawsze można i warto zadzwonić i powiedzieć otwarcie: „Wiesz, gdybyś czegokolwiek potrzebował, jestem”. Nie zajmować tego zrozpaczonego sobą, tym, że nie wiem, co powiedzieć na jego nieszczęście. Ale świadomość, że są ludzie gotowi pomóc, jest ogromnie potrzebna. Wówczas poczucie osamotnienia jest znacznie mniejsze. Ważne też, aby ocenić swoje możliwości i nie deklarować pomocy, której nie będziemy mogli udzielić. Kiedy osoba nie przyjmuje naszej pomocy, ważne jest, aby się nie zrażać, tylko uszanować to, że ktoś w danej chwili chce być sam, ale za jakiś czas powtórnie zadeklarować wsparcie. Tak, żeby ten człowiek poczuł, że nie jest sam, że świat o nim nie zapomniał, że ma do kogo wyjść.

Niełatwo przyjąć pomoc, przynajmniej nie od razu.

Tak, to prawda, jednak w obliczu cierpienia, np. w terminalnym okresie choroby nowotworowej, ta pomoc choremu i rodzinie jest bardzo potrzebna. W naszym zespole hospicyjnym współpracujemy w taki sposób, aby pacjent otrzymał taką pomoc, jakiej potrzebuje – medyczną, psychologiczną lub duchową. Ważne jest, aby umieć ocenić, jakiej pomocy należy udzielić – o to właśnie chodzi w opiece hospicyjnej – aby pacjent i jego rodzina czuli się zaopiekowani. Nie jesteś sam, do ostatniej chwili jesteśmy z tobą. Nie jest to łatwe zadanie, bo trzeba umieć dobrze rozpoznać, jaka pomoc jest potrzebna. Ponadto, czasami bywa ona odrzucana – lekarz czy pielęgniarka uważa, że pacjent czy rodzina wymagają wsparcia psychologa, a rodzina lub pacjent nie chcą jej przyjąć.

A jeśli nie możemy pomóc fizycznie bliskiej osobie, bo np. jest w szpitalu, odizolowana? Jak jej pomóc? Jak sobie z tym poradzić?

Tak, to trudne, tym bardziej, jeśli stan tej osoby się pogarsza bądź ona umiera. To dramat obecnej sytuacji i bardzo trudne zadanie, kiedy kontakt fizyczny chorego z rodziną kończy się w momencie hospitalizacji. Co zrobić? Przede wszystkim dopytuję personel medyczny, co mogę: czy da się coś przekazać, w jakiś sposób kontaktować i... robię dokładnie tyle, ile mogę. Osoby wierzące mają ten komfort, że mogą towarzyszyć i wspierać duchowo, otulać chorego modlitwą. W sytuacji stresu warto pamiętać nie tylko o tej osobie, ale i o sobie. O tym, że ja też potrzebuję wsparcia, opieki, muszę o siebie zadbać.

To też trudne dla pielęgniarek, lekarzy, zwłaszcza pracujących przy chorych z COVID-19. Muszą wykonać swoje czynności jak najszybciej, podczas gdy chory tęskni za chwilą rozmowy, bliskością.

Dla personelu, zwłaszcza tego podchodzącego do chorych z sercem, jest to postępowanie trudne, nieludzkie. To ogromny stres, kiedy trzeba zamknąć drzwi i wyjść zamiast towarzyszyć człowiekowi, zwłaszcza w przypadku najciężej chorych. Jednak takie podejście w tej sytuacji jest konieczne.

Ta niemożność towarzyszenia, pomocy czy pożegnania się, czasem nawet udziału w pogrzebie, powoduje traumę.

Tak, trzeba pamiętać, że wszystkie emocje, które się w nas pojawiają, muszą zostać przeżyte. Czas ich przeżywania jest nieokreślony. Jeśli nie może to wydarzyć się od razu, powinny one być wyrażone przy innej okazji. To jest proces, nie godzina czy dwie, ale raczej wiele miesięcy, szczególnie jeśli odchodzenie było trudne i nietypowe. Podkreślam to, bo w naszym środowisku, w naszej mentalności jest tendencja do lekceważenia emocji, spychania ich na plan dalszy, mówienia: „Nie płacz, bo mu to życia nie wróci” czy: „Po co to wspominać, życie toczy się dalej”. Tak nie wolno! Trzeba zadbać o życie, ale nie będę w stanie tego zrobić, jeśli będę przepełniona smutkiem, żalem, tęsknotą czy gniewem i niezgodą na to, co się zdarzyło.

Jak długo trwa ten proces?

Każdy ma swoją ścieżkę przeżywania żałoby. Trzeba dać sobie czas, nie popędzać. Wiele razy słyszałam: „Już miesiąc minął od śmierci męża, dzieci mówią, że już powinnam dobrze funkcjonować, a ja ciągle bym siedziała na cmentarzu albo patrzyła na jego zdjęcie”. Radzę wtedy: „Niech pani siedzi, patrzy, tylko proszę zadbać o siebie. Sen i odżywianie to funkcje życiowe, których nie wolno zaniedbać. Teraz jest pani w takim miejscu swojego życia, gdzie trzeba przeżyć to, co się wydarzyło”. Danie sobie zgody na przeżycie tego bólu jest pierwszym uzdrawiającym krokiem. Bywało, że przychodziły pacjentki mówiąc, że bardzo im pomogłam. Na pytanie, cóż takiego zrobiłam, odpowiadały: „Powiedziała mi pani, że mogę czuć to, co czuję”. Nasze uczucia są częścią nas, informują, co dzieje się w naszym wnętrzu. Musimy je kontrolować, ale nie tłumić ich, bo to obróci się przeciwko nam.

Jak towarzyszyć cierpiącej osobie?

Pozwolić jej mówić czy płakać. Zrobić miejsce, by jej ból mógł się wylać, nie „wpychać” go z powrotem. Tłumienie i kumulowanie smutku, żalu czy stresu powoduje dolegliwości psychosomatyczne i choroby. Na pewno warto też dzielić się tym, co się przeżywa, zwłaszcza z osobami, które mają podobne doświadczenia. Obecnie dają taką możliwość różnego rodzaju grupy wsparcia czy też fora internetowe. Takie spotkania, rozmowy przynoszą ulgę i pomagają w odzyskaniu równowagi życiowej.• karina.jurkowska@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama