Nowy numer 3/2021 Archiwum

Ja to wszystko ratuję

Ktoś się śmieci pozbywa, a dla nas to są skarby – mówi Mariusz Halupczok ze Szczedrzyka.

Ludzie nie doceniają starych rzeczy. Ile my cennych przedmiotów znaleźliśmy na skupach złomu! Trochę trzeba pobuszować, ale tam można znaleźć bardzo wartościowe rzeczy – mówi Mariusz Halupczok ze Szczedrzyka. Siedzimy w jego pokoiku na poddaszu rodzinnego domu wybudowanego w 1898 r. Wokół – istne muzeum, a co najmniej izba tradycji.

Piękne stare wytwory rzemiosła, artystów ludowych i przede wszystkim przemysłu hutniczego, który w tej części Śląska Opolskiego mocno się rozwinął w wieku XVIII. Pod ścianą pięknie malowana skrzynia posagowa, a obok niej bogato zdobiony żeliwny piecyk. – Ten podoba mi się najbardziej. Prawdopodobnie pochodzi z jakiegoś nieistniejącego już pałacu z okolicy – mówi M. Halupczok.

Dla nas to są skarby

Mariusz Halupczok jest właścicielem jednej z największych na Śląsku kolekcji starych wyrobów żeliwnych. Wiele eksponatów przekazał w depozyt Muzeum Hutnictwa Doliny Małej Panwi w Ozimku, ale to, co ma w domu, i tak robi wielkie wrażenie. Dwa pokoje na parterze wypełnione są starannie odrestaurowanymi wyrobami z żeliwa. Figurki hutników, nimf, ozdobne plakiety ze scenami rodzajowymi, aniołami, świętymi, krucyfiksy i pasyjki, stojak na zegarek, podstawka pod pudełko zapałek (!), wizytownik, zdobione płyty z pieców, wagi (też bogato zdobione), kraty ornamentowe, malutkie naczynia… No nie, nie wyliczę wszystkiego. – Najbardziej cenię żeliwny odlew Madonny Rafaela. Jest bardzo precyzyjny, zachwyca dokładność jego wykonania. Piękna rzecz – mówi Mariusz Halupczok. W domu ma ok. 600 przedmiotów z żeliwa. – Ile razy myśmy ze strychu ucieszeni wynosili jakieś stare rzeczy, a na dole właściciel nam mówi: a po co wam to? Co wy chcecie z tym robić? Ktoś się śmieci pozbywa, a dla nas to są skarby. Ludzie nawet nie przyglądają się dokładnie. Wystarczy, że ma swoją wagę, i już na złom oddadzą – mówi Halupczok. Odzyskane ze złomowisk, nielegalnych wysypisk śmieci w lasach czy zebrane ze strychów lub stodół rzeczy wymagają pieczołowitej i pracochłonnej renowacji. – Przy żeliwnych rzeczach w dolnej izbie pracowałem, lekko licząc, kilka tysięcy godzin – mówi kolekcjoner ze Szczedrzyka. Piaskowanie, szczotkowanie, traktowanie żeliwa kwasem, malowanie etc. I regularne odkurzanie ogromnego zbioru…

Mebel bez ducha

Z zawodu jest stolarzem. Odziedziczył ten zawód po dziadku. Pradziadek był cieślą. Ojciec – mechanikiem samochodowym. – Ale całe życie robił też w drewnie, warsztat stolarski ciągle tu był, tam się od dziecka do pracy z drewnem przyuczałem – mówi M. Halupczok. Regeneruje stare meble, drewniane przedmioty codziennego użytku, rzeźby. Piękne, stare. – Nie lubię mebli, które teraz robią. Ta płyta paździerzowa, okleiny, taka masówka. To jest bez ducha. Kiedyś – gdy była to ręczna robota – to mebel był i piękniejszy, i trwalszy. Każdy z pracowników wkładał w niego swoją robotę, swoje serce. A teraz maszyna jedzie i robi. Nawet nie złożą mebla, bo w domu trzeba sobie poskładać. Nie lubię tego. Ja te wszystkie stare drewniane meble i przedmioty ratuję. Chodzę po strychu pół godziny, żeby drugą połowę łopaty do chleba znaleźć. Aż znajdę. Posklejam, powieszę i to mnie cieszy właśnie. Czasem wieczorem sobie chodzę i oglądam to wszystko, to jest dla mnie największa satysfakcja. Że udało się to uratować. Że to nie poszło na opał. Jest czasem przy drewnianych rzeczach sporo roboty z kornikami. Nie widać, ile tam w środku jest drogich impregnatów, ile to kosztuje. Czasem wieczorem wyjdzie się z warsztatu i ma się dość. Ale rano znowu do tego człowieka ciągnie. Bez tego sobie teraz życia nie wyobrażam – mówi kolekcjoner ze Szczedrzyka.

Dawne jest piękne

Mariusza Halupczoka pasjonuje historia okolicy. Pasjonuje – mało powiedziane. Nad łóżkiem w pokoju na poddaszu ma przyklejone dawne mapy Śląska i kolumny starych gazet. Zbiera pocztówki, ryciny, wyroby szklane, szyldy, ozdobne dzwonki rowerowe, łyżeczki robione na wymianę przez jeńców i robotników przymusowych w czasie II wojny w Ozimku i okolicznych obozach, skamieliny z dna Jeziora Turawskiego. Jest przedwojenny szkolny bilet miesięczny z Zawadzkiego do Malapane (Ozimek) na klasę 3. pociągu osobowego w metalowej oprawce. Jest wizytówka z drzwi domu Maushagena, przedwojennego nauczyciela w Szczedrzyku. Kilka butelek (najstarsze z XVII wieku) ze szklanymi pieczęciami klasztoru norbertanek w Czarnowąsach. Wszystko wyeksponowane w gablotach, na parapetach, półkach. Halupczoka pociąga każdy przedmiot, który mówi o historii tej ziemi, wiąże się z nią. Wszystko – z wyjątkiem militariów. – Nigdy mnie do broni nie ciągnęło. Ale kolekcjonowałem różne rzeczy od dziecka, najpierw jakieś autka, zabawki z Kinder niespodzianek. Na serio zacząłem zbierać starocie pod koniec szkoły podstawowej – opowiada. Nieco lekceważąco wypowiadam się na temat Kinder niespodzianek. – A wie pan, że niektóre z lat 70. na aukcjach potrafią uzyskiwać cenę 1500 euro? – uśmiecha się kolekcjoner. Trafiony, zatopiony. Starocie zaczął zbierać, kiedy pewien Niemiec, u którego mieszkał jego ojciec pracujący w RFN, powiedział, żeby Mariusz zbierał stare rzeczy, a on je odkupi. – No i nazbierałem trochę. Ale on nic nie dostał. Nie sprzedałem. Wtedy już całkiem zaraziłem się tym zbieraniem – śmieje się. Wchodzimy do kolejnego pomieszczenia za drzwiami, na poddaszu, dawnym strychu. Stajemy naprzeciw dużej szafy z kilkudziesięcioma drewnianymi rzeźbionymi maselniczkami. Robię wielkie oczy. Bo co krok, to w tym domu fragment skansenu.– To jest ciekawe właśnie, że ludzie nawet taką maselniczkę ozdabiali. Żeby było ładniej, żeby jakiegoś ducha miało – mówi Mariusz Halupczok, człowiek, który ratuje stare, piękne rzeczy.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama