Nowy numer 8/2021 Archiwum

Towarzyszenie przed pouczaniem

Ks. prof. Marcin Worbs, teolog liturgii, mówi o sekularyzacji, tradycjonalistach i rządach.

Andrzej Kerner: W Polsce nadszedł trudny czas dla Kościoła. Ostatnie badania wskazują, że negatywne oceny jego działalności przewyższyły pozytywne. Jak Ksiądz to odbiera?

Ks. prof. Marcin Worbs: Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Proces odchodzenia od Kościoła czy religijnego stygnięcia obserwuje się u nas już od kilkunastu lat. Każdy, kto ma oczy otwarte, to widzi. W kościołach ubywa młodych, dominuje średnie i starsze pokolenie.

Jeśli dzisiaj mówimy o „gwałtownym spadku”, to może nawet dobrze, że sobie to zaczynamy uświadamiać. Niech to podziała jak zimny prysznic dla Kościoła w Polsce. Od 30 lat mam dużo kontaktów z Kościołem w Niemczech. W sumie na pracy naukowej i duszpasterskiej spędziłem tam ok. 7 lat. Widzę, że wiele procesów tam obecnych pojawia się także u nas. Możemy temu zaprzeczać, ale fakty są nieubłagane. Sekularyzacja dociera również do nas. Jest to zresztą problem na całym świecie, dotykający także religii niechrześcijańskich. Kiedy przez lata próbowałem przekonywać, że moglibyśmy się czegoś nauczyć z doświadczeń – dobrych i złych – Kościoła w Niemczech, to nierzadko spotykałem się z postawą pewnego zadufania, wyrażającą się w uproszczonym, stereotypowym mniemaniu: u nich życie religijne umiera, a u nas wciąż kwitnie. Tymczasem ani jedno, ani drugie nie jest prawdziwe. Teraz upada chyba jednak zbyt optymistyczny mit silnego i niewzruszonego polskiego katolicyzmu.

Dlaczego młode pokolenie odchodzi od Kościoła?

Coraz częściej spotykam się z pytaniem i bólem rodziców głęboko wierzących i szczerze zaangażowanych w życie Kościoła, których dzieci nie dzielą już tego zaangażowania: co zrobiliśmy źle? Myślę, że na ogół nic nie zrobili źle. Jedną z odpowiedzi jest bezprecedensowa atrakcyjność świata doczesnego i duża dostępność tej atrakcyjności. Głównie, sądzę, dzięki internetowi. Rzecz w tym, że świat doczesny z jego dotąd nieznanymi możliwościami dzisiaj bardzo absorbuje człowieka, odciąga go od wszelkiej metafizyki. Trudno jest więc dziś uwrażliwić człowieka na potrzebę religii. Olbrzymie zmiany nadeszły nagle i w tej chwili nie bardzo wiemy, jak sobie z tym duszpastersko poradzić. Przekaz wiary młodemu pokoleniu jest trudniejszy niż 30 lat temu, kiedy byłem wikarym. Nie zazdroszczę dzisiejszym duszpasterzom młodzieży lub katechetom.

Jest Ksiądz specjalistą od teologii twórców liturgicznej odnowy – Romana Guardiniego i Josefa Andreasa Jungmanna. Czy można u nich wyczytać jakąś receptę na odnowę Kościoła w Polsce?

Można od nich wiele się nauczyć. To klasycy odnowy liturgicznej. Przede wszystkim dają nam bardzo ważną lekcję, by wystrzegać się fanatyzmu i ekstremizmu. To nie byli jacyś rewolucyjni radykałowie, ale ludzie środka. Fascynuje mnie ich umiejętność syntezy tradycji z nowoczesnością. Najlepszym dowodem jest fakt, że dzisiaj z ich pism czerpią zarówno tzw. tradycjonaliści, jak i progresiści. Jungmann stale upominał się o coś, co nadal jest aktualne: aby przekaz wiary jak najbardziej „odreizować” (odrzeczowić) i spersonalizować. Ciągle pisał o kluczowym znaczeniu osobistego stosunku do Chrystusa. Ilustrują to np. jego katechizmowe uwagi o następstwach przyjęcia chrztu św. Postulował, by pytać: „Jakie skutki Chrystus powoduje we chrzcie?”, a nie: „Jakie skutki powoduje chrzest?”. To nie jest to samo.

Myśl Guardiniego jest bliska Benedyktowi XVI?

Guardiniemu zależało na prymacie refleksji przed działaniem (logosu przed etosem) i już ponad sto lat temu w znanej publikacji „O duchu liturgii” – podobieństwo tytułu książki Ratzingera „Duch liturgii” nie jest przypadkowe – wyliczał symptomy niebezpiecznej supremacji woli: „bezustanne parcie naprzód, szalone tempo pracy, kult sukcesu, siły i czynu (…) oraz gorączkowe pragnienie maksymalnie czynnego wykorzystania czasu”. Ponieważ dużo zajmowałem się Guardinim, bardzo ucieszyłem się, gdy papież Benedykt XVI w swoim ostatnim, pożegnalnym przemówieniu do kardynałów aż dwukrotnie cytował tego teologa. Zresztą, był to jedyny teolog, którego słowa papież wtedy przywołał, przypominając, że Kościół „nie jest jakąś wymyśloną i skonstruowaną instytucją (…), tylko żywą istotą. Kościół żyje nadal w czasie; stając się, jak wszystko, co żywe, się staje; zmieniając się (…), a mimo to w istocie swej pozostaje zawsze taki sam, i jego najgłębsze centrum stanowi Chrystus”.

To pocieszające. A jednak mamy jakiś kłopot z nadzieją. Gdzie ją Ksiądz odnajduje?

Chociażby w ewangelijnej opowieści o spotkaniu Chrystusa z rozczarowanymi uczniami na drodze do Emaus. Myślę o sposobie, w jaki prowadzi On z nimi dialog. Zmartwychwstały Jezus nie pokazuje się im jako jakiś triumfator, rzucający na kolana i wzywający: „Uwierzcie nareszcie!”. Nic z tych rzeczy. Zanim zaczął ich pouczać, szedł z nimi, wpierw wyrażając zainteresowanie ich problemami. A zatem najpierw – towarzyszenie, a dopiero potem – pouczanie. W tej właśnie kolejności spotkanie to, wzmocnione spożyciem Jego chleba, stało się prawdziwym doświadczeniem wiary dla uczniów. Do tego stopnia, że nawet zmienili kierunek drogi (życia), bo przecież wrócili do Jerozolimy. Najpierw więc trzeba ludziom towarzyszyć, iść razem, dzielić los, okazywać empatię, a dopiero potem nauczać – i to w dialogu, który jest wymianą myśli, a nie monologiem. Mam wrażenie, że w polskim Kościele raczej dominuje nauczanie, a towarzyszenie jest gdzieś na drugim planie. Oczywiście, ważne jest i jedno, i drugie – i zwiastowanie ewangelijnej prawdy, i uwzględnianie potrzeb człowieka. Byłoby jednak wskazane, abyśmy jako duchowni, począwszy od diakonów po biskupów, dziś, tj. w sytuacji coraz częstszego wewnętrznego zagubienia człowieka, szczególnie pamiętali o tej istotnej kolejności, której uczy nas Jezus idący z uczniami do Emaus.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama