Nowy numer 30/2021 Archiwum

Robiłem takie rzeczy

Znakomity polski reporter obserwował pracę szpitali zakaźnych jako sanitariusz.

Był bodaj jedynym polskim dziennikarzem, który widział pracę szpitali w pandemii nie dzięki „licencji” i nie pod kontrolą zarządzających. – To była dwunasta godzina pracy. Zacząłem się śmiać, kiedy kolega sanitariusz po przełożeniu chorego, nieprzytomnego po wypadku, na łóżko do badań chwycił go za policzek i powiedział: no co, mój ty pączuszku. Ten chory ważył prawie 200 kilo, musieliśmy go przekładać w pięciu, myślałem, że mi kręgosłup pęknie. To był mój pierwszy moment znieczulicy – odpowiedział Paweł Reszka na pytanie Katarzyny Zawadzkiej z Radia Opole na pytanie o to, kiedy poczuł się jak w fabryce, a nie jak w szpitalu.

Reszka, czołowy, nagradzany polski reporter, korespondent wojenny na Ukrainie i na Krymie, szef działu krajowego „Polityki”, a wcześniej m.in. reporter i felietonista „Tygodnika Powszechnego”, który nieoficjalnymi sposobami dostawał się do szpitali zakaźnych lub zatrudniał się jako sanitariusz, opowiadał o swoich obserwacjach w czasie pandemii podczas V Festiwalu Książki w Opolu (11–13 czerwca). – Miałem wrażenie, że władzy nie bardzo zależało na tym, żeby dziennikarze byli w szpitalach i dokumentowali. Inaczej było we Włoszech, gdzie właśnie wpuszczano dziennikarzy na te trudne oddziały, żeby ludzie zobaczyli, jak tam jest źle. Żeby pokazać, że to nie są żarty – mówił. Pawłowi Reszce udawało się to nie tylko dzięki reporterskiej pasji i doświadczeniu dziennikarskiemu. Już wcześniej napisał książkę „Mali bogowie”, w której środowisko medyczne przedstawił bynajmniej nie w superlatywach. – Dzięki temu zyskałem jednak zaufanie i kontakty w środowisku – mówił reporter.

Obraz polskiej służby zdrowia w czasie pandemii (i nie tylko) w oczach Reszki jest przygnębiający. – Jako sanitariusz robiłem takie rzeczy przy pacjentach, że by państwo nie uwierzyli. Ale tak jest. Tak trzeba, bo brakuje rąk do pracy. To jest potworne, że ten system doprowadza bardzo dobrych, empatycznych ludzi do takiego momentu, w którym mówią: w ogóle mnie to nie obchodzi – mówił reportażysta opisując m.in. jedną z zasad w pandemii, czyli nieodbieranie telefonów przez dyżurnych, bo to oznaczało tylko kłopoty. – System nie powinien tak działać, że ciągle trzeba coś załatwiać, wypraszać. Przecież to jest absurd, żeby anestezjolog, wysoko kwalifikowany specjalista, który jest akurat kierownikiem dyżuru, wisiał przez 10 godzin na telefonie, żeby załatwić miejsce dla chorego. Przecież to jest głupie, ale jednak tak jest. Cieszę się, że mogłem to zobaczyć i opisać w książce („Stan krytyczny”– przyp. AK). Tym bardziej, że lekarze i pracownicy ochrony zdrowia są introwertyczni. Nie skarżą się. Jak się tego nie zobaczy, to się tego raczej nie usłyszy. To nie jest prawda, że lekarze są przyzwyczajeni do umierania pacjentów. Owszem, może tego się ich uczy na studiach, żeby przejść nad tym do porządku dziennego. Może i uczą, ale każda trudna historia siedzi w tym człowieku, lekarzu, czasami do końca życia – opowiadał Reszka. Przyznał jednak, że nie sceny ze szpitali są jego zmorą senną, ale sytuacje z frontu wojny rosyjsko-ukraińskiej, gdzie był korespondentem wojennym. – Dlatego nigdy nie porównuję sytuacji w Polsce do Białorusi czy Rosji i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał, bo wiem, jak tamten system działa i znałem ludzi – Annę Politkowską czy Borysa Niemcowa – którzy zostali zamordowani za swoją postawę – mówił.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama