Nowy numer 21/2022 Archiwum

Smutne oczy Anastazji

Boh jest jeden - powiedziała ks. Ryszardowi Kinderowi, proboszczowi w Głogówku, jedna z uchodźczyń z Ukrainy.

Prawosławni, grekokatolicy, rzymskokatolicy – Ukraińcy, Polacy, Niemcy – modlili się razem w niedzielę 27 marca. Miesiąc wcześniej w dekanacie głogóweckim przygotowywano miejsca dla 75 uchodźców z Ukrainy w klasztorze i domach parafialnych: w Głogówku, Golczowicach, Kazimierzu, Kierpniu i Szonowie. Pod koniec marca w gminie mieszkało już ok. 200–300 uchodźców. Chyba niemal wszyscy odpowiedzieli na zaproszenie ks. proboszcza Ryszarda Kindera do wspólnej modlitwy. Kościół św. Bartłomieja wypełnił się po brzegi. Przyszli Ukraińcy – w zaproszeniu zresztą nie nazwano ich uchodźcami, ale przyjaciółmi – oraz goszczący ich mieszkańcy gminy i wolontariusze.

Trwoga w sercu

To była wstrząsająca ekumeniczna modlitwa o pokój. Rozpoczęła się śpiewem rzymskokatolickiej Pobudki do Gorzkich Żali, potem śpiewane były kanony ekumenicznej wspólnoty Taizé: po polsku, ukraińsku i po łacinie. „Ojcze nasz” na melodię wschodniej liturgii. Ewangelia po polsku i ukraińsku, podobnie czytania z Pisma Świętego i modlitwa wiernych. Ogromna powaga, wielkie wzruszenie, przejęcie. Ból wręcz widoczny w oczach wielu uczestników. Łzy ocierane ukradkiem – i to nie tylko przez Ukraińców. Wiele małych dzieci składających rączki do błagalnej modlitwy. – To było bardzo pomocne, świetne nabożeństwo. Kilka kobiet mówiło mi, że ta modlitwa przyniosła im pociechę, uspokoiła, przyniosła ulgę w sercu, dodała wiary. Najważniejsze, żeby ten strach i trwoga, niepokój, który jest w nich, został zastąpiony w sercu przez wiarę – mówi Marina Jewsiukowa, Ukrainka od 5 lat mieszkająca w Głogówku, tłumaczka i wolontariuszka tamtejszego punktu pomocy uchodźcom. – Zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy w stanie wam pomóc w dźwiganiu tego, co was spotyka. W waszych sercach jest niewypowiedziany ból, wiele obaw i lęków. Truchlejecie z tego powodu, że na miejscu zostali wasi mężczyźni – mężowie, ojcowie i synowie. Trudno się dziwić, że truchlejecie z tego powodu. Nie umiemy do końca zaradzić tej całej biedzie, ale dobrze, że ksiądz proboszcz zaprosił was na tę modlitwę i cieszę się, że mogę w niej uczestniczyć. Trzeba u Boga się schodzić – mówił biskup opolski Andrzej Czaja, który przewodniczył nabożeństwu, a dzień wcześniej odwiedził jedną z rodzin uchodźców. Kazanie biskupa i powitanie ks. Kindera tłumaczyła s. Mariana, pochodząca z Ukrainy józefitka, która od początku posługi biskupa opolskiego zajmuje się prowadzeniem jego domu. Kiedy spotykamy się potem na placu plebanijnym, mówię, że nareszcie wiem, dlaczego siostra 13 lat temu zamieszkała w domu w opolskiej kurii. Siostra Mariana śmieje się i przytakuje: „Prawda? Jakie cudowne są plany Boga!”. – Trzeba jeszcze więcej się modlić o pokój, o ustanie wojny, o przemianę serc złoczyńców. Obudźcie w tych trudnych chwilach swego życia całą moc i potęgę swojej wiary w sercu. Pan jest blisko, Pan jest z nami. On mówi: „Pokój Mój daję wam, nie tak jak daje świat”. Tego wam szczególnie życzę: doświadczenia wiary i łaski pokoju Chrystusowego – mówił bp A. Czaja, który tłumaczył zebranym także sens poświęcenia Rosji i Ukrainy Niepokalanemu Sercu Maryi.

Wojenne sieroty

Po modlitwie wszyscy – uchodźcy, ich gospodarze, wolontariusze, psychologowie – zostali zaproszeni na plac plebanijny i do domu parafialnego na poczęstunek: kawę, herbatę, napoje, ciasta, lody, kanapki. Dzieci się bawiły, dmuchały bańki mydlane, malowały na twarzach serduszka, flagi Ukrainy albo maski, kocie wąsy etc. Dorośli dużo rozmawiali. – Mój ojciec, który nie miał mamy, bo wcześnie zmarła, wojnę spędził w sierocińcu. Nieraz mi opowiadał o tej tułaczce bez mamy, jak to trzeba być na łasce innych ludzi, o spotkanych dobrych ludziach. To mnie ciągle motywuje, żeby tym, którzy dzisiaj są takimi zagubionymi „sierotami”, pomóc jak tylko się da – mówi „Gościowi Opolskiemu” ks. Ryszard Kinder. W domu parafialnym zamieszkało 17 uchodźców. W opiekę nad uchodźcami w parafii św. Bartłomieja angażuje się wiele osób. Zwłaszcza młodzi. – Jedno hasło wystarczyło i powstało potężna grupa na Whatsappie. Podam tylko jeden przykład. Jest info: dziecko potrzebuje witaminy na biegunkę. Za minutę odpowiedź: jadę do apteki, kupuję i przywożę – mówi ks. Kinder. Marinę Jewsiukową z grupy wolontaryjnej pytam, czy ma jeszcze siły. – Dobre pytanie – uśmiecha się. Przyznaje, że kryzysowy był moment, kiedy przez parę nocy wolontariusze nie spali. – Trzeba było wielu przyjeżdżających ludzi lokować. W różnych miejscach w Polsce teraz są, w Gnieźnie, nawet nad morzem. I zadowoleni. Takie czasy mamy, taka straszna rzeczywistość. Ważne, że ludzie chcą pomagać. Opiekujemy się uchodźcami. Tłumaczymy, jak się zachować, bo są jednak różnice między nami, a oni nie zawsze rozumieją, jak tu jest. Ale wszystko trzeba powolutku. Wśród uchodźców w naszej gminie są takie rodziny, które już nie mają domów, bo zostały zbombardowane. Zniknął cały dorobek ich życia. Niektóre dzieci ciężko to przeżywają, budzą się w nocy, pakują walizeczki, boją się sygnałów karetek czy policji. Mamy dużo ciężkich psychicznie sytuacji – mówi Marina Jewsiukowa. Franciszkanie w Głogówku przyjęli 21 osób. – Jest duży rozstrzał wiekowy: od 10-miesięcznego chłopczyka po 75-letnią panią na wózku, która wymaga stałej opieki. Mieszkają w tej części klasztoru, gdzie do tej pory był prenowicjat. Włączają się w rytm naszego życia, w klasztornym refektarzu jedzą te same posiłki co my, myją po sobie, sprzątają – takie codzienne życie. Ludzie nas wspierają, przynoszą ziemniaki, produkty mączne, wędliny – informuje o. gwardian Paweł Gogola OFM Conv. – Julia znalazła nas bardzo okrężną drogą przez Instagram. Jesteśmy spokrewnione, ale nie mieliśmy kontaktu z tą częścią rodziny mojej babci w Ukrainie od ponad 40 lat. Kontakt urwał się w czasach komunizmu. Mam nadzieję, że czują się u nas dobrze i cieszę się bardzo, że są u nas. Są bezpieczni. Oni chcą do domu, do bliskich. Czekają z dnia na dzień, kiedy to się skończy. Żebyśmy nie wiem, co robili, to jednak nie jest miejsce, w którym oni chcą być – mówi Mariola Ociepka z Racławic Śląskich goszcząca dwie mamy (Olgę i Julię) z córeczkami i ich babcię.

Boh jest jeden

Otwarciu domów – a najpierw serc – i ogromowi pomocy materialnej towarzyszy pomoc duchowa. – Jak tylko mogę, to rozmawiam z Ukraińcami. Jedna z uchodźczyń powiedziała mi: Boh jest jeden. Dużo z naszych gości przychodzi do kościoła popołudniami, szczególnie w niedzielę. Niektórzy prawosławni pytają, czy mogą wejść do rzymskokatolickiego kościoła. Tak zrodził się pomysł na wspólną modlitwę i na spotkanie integracyjne. Teraz pomyślimy, co zrobić z Wielkanocą. Prawosławni nie chodzą co niedzielę do kościoła, nie mają tego przykazania. Ale pytają już o palmy. Mówimy: niech przyjdą. Jeden Pan Bóg jest. Widzę ich na Mszach. Zdarzają się nawet sytuacje kłopotliwe. Dwie dziewczynki podeszły z mamą do Komunii, pobłogosławiłem je tak, jak nasze małe dzieci, a one patrzą na mamę, rozkładają rączki, że nic im nie dałem. Bo u prawosławnych dzieci idą w czasie liturgii po zwykły, błogosławiony chlebek. To nie jest Komunia święta. I ten chleb dostają. Trzeba było tłumaczyć, żeby dzieci nie czuły się zawiedzione – mówi ks. R. Kinder. Wolontariuszka maluje czerwone serduszko na lewym policzku Anastazji, dziewczynki z Kijowa, córki Julii. Anastazja znaczy zmartwychwstanie. Na prawym policzku barwy Ukrainy. Oczy dziewczynki są duże i widzę w nich smutek. „Do czasu, Anastazjo, do czasu” – myślę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama