Nowy numer 26/2022 Archiwum

Na deskach przez pokolenia

– To tak jest, że możesz wyjść z teatru, ale teatr z ciebie nigdy – mówią członkowie grupy teatralnej z Rozmierzy.

Amatorski Zespół Teatralny „Tradycja” z Rozmierzy istnieje od ponad 70 lat. W niedziele 15 i 22 maja zaprezentował w świetlicy wiejskiej dwa spektakle: „Autochtonkę” Kazimierza Gołby oraz jednoaktówkę Walentego Krząszcza pt. „Rekrut i generał”. Całość poprzedziły dwie piosenki „Siwy konik” i „Przed tą naszą sienią” przygotowane przez Aleksandrę Witezy ze zbiorów „Suskich Skowronków”.

Trudne losy na wesoło

– Trzy lata temu hucznie świętowaliśmy 70-lecie, a potem wszystko przerwała pandemia. Wiedziałem, że jeśli w tym roku nie wznowimy działalności, to będzie się trudno zebrać. Scenariusz przedstawienia (wydany drukiem dopiero 3 tygodnie temu) otrzymaliśmy z Biblioteki Śląskiej dzięki uprzejmości dyrektora, prof. Zbigniewa Kadłubka – tłumaczy Patryk Klos, debiutujący w tym roku jako reżyser. – Spektakl opowiada w komediowej konwencji o trudnych czasach powojennych. Pomija przy tym wiele tragicznych i trudnych wydarzeń, których doświadczyli zarówno Ślązacy, jak i ekspatrianci. Autor chciał pokazać konflikty między miejscowymi a napływowymi i to, że Ślązacy mogą być Polakami, bo weryfikacja narodowościowa bywała brutalna – opowiada. – Sama u nas czegoś takiego nie pamiętam, ale po premierze usłyszałam od jednej z pań, pochodzącej z Suchej: „Wiesz, to wszystko, co było na scenie, ja w młodości przeżyłam. U nas dokładnie tak to wyglądało! A te piosenki śpiewaliśmy codziennie, nuciłam je razem z aktorami!”. Dla mnie to było zaskoczenie i pomyślałam, że dla takich momentów warto poświęcać czas – przyznaje Teresa Chudala, wieloletni kierownik grupy.

Sport i kultura

Teatr „Tradycja” został założony w 1949 roku przez Franciszka Klyszcza. On sam był rozmierzaninem, jego ojciec był tzw. śpiywakiem w kościele. – W 1948 roku w naszej wsi powstał Ludowy Klub Sportowy. A że chłopakom trzeba było pieniędzy na stroje i na wyjazdy na mecze, rok później powstał zespół teatralny, który miał zarabiać na potrzeby LZS. To było wówczas atrakcją, bo nie było telewizji czy internetu – wspomina Teresa Chudala. – Na początku nie było tu świetlicy ani sceny. Graliśmy w bibliotece, a potem w karczmie państwa Noconiów, jeździliśmy z przedstawieniami na furmance. Prawie wszyscy aktorzy byli z rolniczych rodzin, więc próby zaczynały się dopiero po zakończeniu prac polowych, a spektakl miał miejsce w lutym albo w marcu – dopowiada Wojciech Witezy. Ten dziarski 85-latek od początku istnienia teatru uświetnia przedstawienia grą na akordeonie. Franciszek Klyszcz prowadził zespół przez 50 lat. Potem pałeczkę przejęła Teresa Chudala, która miesiąc przed spektaklem na półwiecze zaczęła pracę w świetlicy. – Dla mnie to był szok... Oglądałam je jako widz, ale nigdy się tym nie zajmowałam, dopiero wtedy zobaczyłam, jak wyglądają przygotowania. Nie miałam pojęcia, jak prowadzić taką grupę – wspomina pani Teresa. – Zaczęłam od dzieci, mniejszych przedstawień, jasełek itp. Z czasem oni rośli, a sztuki stawały się poważniejsze. Korzystałam najpierw z tych, które zostawił pan Franciszek, potem młodzież postanowiła np. zaadaptować klasykę do wersji śląskiej. W repertuarze były utwory znanych autorów jak Fredro, Molier, adaptacja dzieła Dickensa, perełki związane z regionem albo pisane specjalnie dla tej grupy. – Przeważnie było główne przedstawienie, a po nim następowała jakaś krótka humoreska. Wychodziliśmy bowiem z założenia, że widzowie powinni wyjść po spektaklu podniesieni na duchu i z uśmiechem – tłumaczy Teresa Chudala.

Ludzie teatru

Dla mieszkańców Rozmierzy teatr jest częścią ich życia, na widowni siedzi wielu dawnych aktorów, są całe rodziny, które od paru pokoleń biorą w nim udział. Kolejne pokolenia Czoków, Gawlików, Goczołów, Klyszczów, Plochów, Piontków, Witoniów czy Witezych stają na scenie. Przez siedem dekad przewinęło się tam ponad 150 osób. Dawniej zespół tworzyli głównie rolnicy, potem uczniowie i studenci, teraz jest wśród nich nauczyciel, księgowa, spawacz, elektryk, rolnicy. Są też studenci i maturzysta, który w tym roku prosto z egzaminów przychodził na próby. – Sam pochodzę z województwa śląskiego, ale kiedy się tu przyżeniłem, zostałem wciągnięty w ten teatr. Na 70-lecie zagrałem jako aktor, wcześniej pomagałem jako sufler, a teraz jestem reżyserem, przy wsparciu pani Teresy – opowiada Patryk Klos. – Ja dla odmiany wyprowadziłam się do Strzelec Opolskich, ale staram się być na przedstawieniach, przyjeżdżam na spektakle, by robić fryzury aktorom – uśmiecha się Natalia Hałek. W gronie długo występujących byli m.in. Jerzy Piontek, Alfred Zimon, który zajmował się też charakteryzacją aktorów. Artur Gniłka, nauczyciel religii, karierę na tej scenie rozpoczął jako małe dziecko od roli Jezuska. Odtąd grał chyba w każdym przedstawieniu. Jak tylko pojawia się na scenie, wzbudza aplauz. – Jednego roku pisał pracę i nie miał czasu uczyć się tekstu, ale uprosiłam go, by wziął małą rolę – miał za zadanie tylko przejść przez scenę w przebraniu anioła, ze złożonymi rękami. I tak zrobił tym furorę. W „Opowieści wigilijnej”, gdy jako narrator, siedząc w bujanym fotelu, przy blasku świecy zaczął od zdania: „I trzeba powiedzieć, że Marley zmarł”, z sali rozległo się strwożone „O Boże!”. To rozbroiło wszystkich – opowiada pani Teresa. – Myślę, że to dlatego, że jestem nauczycielem, a tu mieszkańcy widzą mnie w innej roli. Ta świetlica to ośrodek życia kulturalnego, bo nie ma szkoły ani przedszkola – stwierdza Artur Gniłka.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama