Nowy numer 48/2022 Archiwum

Nasza błogosławiona

– To czytelny znak: wierność Jezusowi ponad wszystko, do końca, bo wtedy koniec jest początkiem życia w niebie – mówił bp Andrzej Czaja.

Błogosławiona s. Edelburgis (Julianna) Kubitzki jest jedną z grona elżbietanek, które zginęły w 1945 r. z rąk czerwonoarmistów, a 11 czerwca br. zostały beatyfikowane we Wrocławiu. Julianna przyszła na świat 9 lutego 1905 r. w Dąbrówce Dolnej, a pięć dni później otrzymała chrzest w kościele parafialnym św. Stanisława w Fałkowicach.

– Tu wszystko się zaczęło, bo tu otrzymała nowe życie od Boga. Potem rozeznała, że Pan zaprasza ją do tego, by żyła z Nim w oblubieńczym związku. Wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety. Posługiwała jako pielęgniarka ambulatoryjna we Wrocławiu i w Żarach, gdzie z kolei wszystko, co związane z życiem ziemskim, skończyło się. Ale jej dzień śmierci to jednocześnie dzień narodzin do życia wiecznego. Zgromadziliśmy się, aby dziękować Bogu za ten błogosławiony owoc wiary ludu, który tu przed nami żył w tamtym czasie – mówił bp Andrzej Czaja w niedzielę 25 września w fałkowickim kościele. Wraz z nim Eucharystię koncelebrowali m.in. bp Antoni Reimann i ks. proboszcz Mariusz Stafa.

– Nasza przyszłość rozgrywa się w tym, jak traktujemy Jezusa. On jest źródłem naszego życia wiecznego. Musimy pracować nad sobą i swoim rozwojem duchowym. Musimy dbać o to, aby nikt inny nam Jezusa z rąk naszych nie wyrwał. A te męczennice pokazują więcej – że nie tylko nie można zaniedbać wiary i oddać Jezusa dobrowolnie, ale też nie można dać Go sobie odebrać. Jeśli świat chce Go nam odebrać, nawet siłą, to trzeba raczej życie dać – mówił w homilii bp Czaja.

Na koniec Mszy św. bp Antoni Reimann OFM poświęcił sztandar bł. s. Edelburgis, który ufundowali jej krewni z Niemiec i Polski. – Gdy przyszła trudna próba, nasze siostry nie wahały się, wiedziały w sercu, komu ślubowały, kto jest Panem życia. Oddały życie, bo najcenniejszymi wartościami były dla nich Boża miłość oraz wierność Bogu i złożonym ślubom – mówiła s. Dobrosława Urbańczyk, elżbietanka z domu prowincjalnego we Wrocławiu. – One chętnie czyniły ciche dobro, a ich przepełniona miłością codzienność była najlepszym przygotowaniem na chwilę śmierci. Ktoś, kto codziennie oddaje swoje życie potrzebującym, niejako po kawałku, nie zawaha się, gdy przyjdzie potrzeba złożyć z niego całopalną ofiarę. Taka zwyczajna ta droga życia naszych sióstr błogosławionych: słuchały, rozumiały, kochały i służyły – podkreśliła s. Dobrosława.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy