Nowy numer 48/2022 Archiwum

Wojna jest wezwaniem

O sytuacji w Ukrainie, przyjeździe papieża i nadziei mówi abp Mieczysław Mokrzycki, metropolita archidiecezji lwowskiej.

Andrzej Kerner: W lipcu ksiądz arcybiskup wyrażał nadzieję, że w sierpniu lub wrześniu papież Franciszek przyjedzie do Ukrainy. Czy nadal jest ta nadzieja?

Abp Mieczysław Mokrzycki: Nie wiemy, jak długo wojna będzie trwała. Obecność Ojca Świętego Franciszka byłaby bardzo potrzebna i jest oczekiwana, chociaż niektóre jego wypowiedzi nie były przyjęte z entuzjazmem, wręcz przeciwnie – z oburzeniem. Z pewnością papież nie chciał w jakiś sposób urazić Ukrainy, ale jednak w sytuacji, jaką przeżywa naród ukraiński, trudno było zrozumieć jego intencje. Niektóre wypowiedzi przyjęte były z żalem, bólem i oburzeniem. Gdyby Ojciec Święty przybył, byłby to wielki gest życzliwości.

A jednocześnie obecność Piotra naszych czasów na tej doświadczonej, skrwawionej ziemi i jego błogosławieństwo z pewnością przyczyniłyby się do szybszego zaprowadzenia pokoju. Jego obecność wzmocniłaby uwagę całego świata na to, co dzieje się w Ukrainie. Chodzi o to, by nie zapomnieć o wielkiej tragedii, którą przeżywa ten naród. Wprawdzie z ust Ojca Świętego nie słyszeliśmy nigdy oficjalnie, że chce przyjechać do Ukrainy, ale ciągle była o tym mowa. Po powrocie z Kanady miał ogłosić, kiedy będzie możliwa ta pielgrzymka, potem były głosy z sekretariatu stanu, że przed podróżą do Kazachstanu będzie to ogłoszone. Teraz sprawa przycichła.

Czy zwykli mieszkańcy Ukrainy oczekują przyjazdu papieża?

W zachodniej Ukrainie większość ludności jest katolicka – to grekokatolicy i rzymscy katolicy. Pamiętają jeszcze wizytę Jana Pawła II, te przeżycia i wagę wydarzenia, i zdają sobie sprawę, jak wielkim dobrem byłaby taka pielgrzymka dla całego kraju. Chcą, aby Ojciec Święty Franciszek przyjechał.

Czy ksiądz arcybiskup uważa, że Cyryl, prawosławny patriarcha Moskwy, kompromituje chrześcijaństwo?

Kościół prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego jest Kościołem Chrystusowym. Nie ma tylko jedności z Piotrem naszych czasów. Jednak wypowiedzi patriarchy są niezrozumiałe i – szczególnie dla Ukrainy – bolesne. Wiemy, że jest to tylko przejściowa sytuacja. Także głowy Kościoła się zmieniają, różne są przypadki w historii, dlatego ufamy, że to kiedyś zostanie naprawione i ten Kościół nie będzie tak zależny od głowy państwa jak dzisiaj.

Jak układają się stosunki Kościoła rzymskokatolickiego w Ukrainie z ukraińskim Kościołem prawosławnym Patriarchatu Moskiewskiego?

W archidiecezji lwowskiej zawsze mieliśmy dobre relacje z Kościołem prawosławnym Patriarchatu Moskiewskiego i te relacje w dalszym ciągu utrzymujemy, chociaż Kościół ten przechodzi w tej chwili wielką próbę, bo jest utożsamiany i obwiniany za wojnę, którą wywołała Rosja. Jest ten Kościół doświadczany – w niektórych rejonach mają zakaz publicznego sprawowania Eucharystii. Ale myślę, że te sprawy w przyszłości będą rozwiązane, nieporozumienia zostaną wyjaśnione i będzie między nami współpraca.

Jakie prośby czy rady dla duszpasterzy i wiernych Kościoła w Polsce w sprawie uchodźców z Ukrainy ma ksiądz arcybiskup?

Naród ukraiński jest bardzo wdzięczny Polakom za otwartość wobec nich. Są świadomi wielkiej życzliwości, otwartego serca i tego, co Polska uczyniła dla Ukrainy, szczególnie jeśli chodzi o pomoc uchodźcom i pomoc humanitarną, która tak szerokim strumieniem płynęła i płynie do Ukrainy. Chciałbym zachęcić, żeby zawsze być otwartym dla wszystkich ludzi, którzy tutaj w Polsce szukają bezpieczeństwa. Większość z nich jest wyznania prawosławnego. Oni nie mają tradycji uczestniczenia we Mszy św. w każdą niedzielę, dlatego trzeba ich zachęcać, proponować. Jeśli będą chcieli przyjść do naszego kościoła – nie stawiać żadnych przeszkód, ponieważ w obecnym czasie nie można już ludzi ustawiać według jakichś reguł czy kanonów. Trzeba im zostawić wolny wybór, kim chcą być: prawosławnymi, grekokatolikami czy katolikami łacińskimi.

Jak ksiądz arcybiskup zachowuje nadzieję wobec tego ogromu nieszczęść tak okrutnej wojny?

Bez Pana Boga nic się nie dzieje i On z pewnością z tego wszystkiego wyprowadzi jakieś dobro. Jest to też jakieś ostrzeżenie dla wszystkich ludzi, że nie możemy budować swojej teraźniejszości i przyszłości tylko na elementach ekonomicznych czy osiągnięciach technicznych. Przede wszystkim trzeba budować świat i swoje życie na fundamentach wiary, na Dekalogu. Widzimy, że świat często odchodzi od Boga, myśląc, że wiara nie jest potrzebna. Dlatego ta wojna jest dla nas wezwaniem, by wartości chrześcijańskie – szacunek dla drugiego człowieka, miłość i przebaczenie – były w dalszym ciągu obecne we wszystkich poczynaniach ludzkości. andrzej.kerner@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy