Nowy numer 48/2022 Archiwum

Przenoszę się do innego świata

O irlandzkiej muzyce granej przez Ślązaków, sławie i zanoszeniu Komunii św. do hospicjum mówi Bogdan Wita, lider i menedżer zespołu Carrantuohill.

Andrzej Kerner: Kończycie 35. rok grania muzyki irlandzkiej. Czy Ciebie ta muzyka wciąż cieszy, nie znudziła się, nie stała się tylko rzemiosłem?

Bogdan Wita: Początki naszego zespołu to oczywiście był zachwyt, euforia, miłość do muzyki. Wszystko inne było nieważne. Nawet to, że za tym pojawiły się jakieś pieniądze, płatne koncerty. To było fajne, ale to był drugi, trzeci, piąty, siódmy plan. Dla nas najważniejsze było, żeby żyć muzyką, dobrze się przy niej bawić, robić to, co w duszy gra. Kiedy zaczęliśmy grywać ponad 150, a w szczytowym roku 176 koncertów, trudno już było się tym bawić.

Sama muzyka jest super. Ale trzeba dojechać, trzeba wrócić. Cała wyprawa. Przy 170 koncertach rocznie prawie nie mieszkaliśmy w domu. Wtedy zrobiło się z tego – przyznaję bez satysfakcji i wręcz ze wstydem – rzemiosło. Sami zaczęliśmy to hamować. Bo rodziny, małe dzieci, a my ciągle w drodze. Staraliśmy się, żeby koncertów nie było więcej niż sto – to był optymalny układ. Teraz patrzymy na te czasy z tęsknotą, bo raz, że przyszło wyhamowanie w branży, dwa – pandemia i dzisiaj marzymy, by zagrać połowę tego, co dawniej. Ale mam wrażenie, że dzisiaj mamy frajdę z grania o wiele większą niż 10 lat temu. Dlatego, że jest trudniej. Że nie gramy tylu koncertów i tęsknimy za nimi. Pandemia nauczyła nas, że trzeba zacząć robić coś innego w życiu i znowu kwestie finansowe zeszły na dalszy plan. W każdym razie robimy wszystko, żeby zespół utrzymać.

Dlaczego wybrałeś właśnie muzykę irlandzką?

Dlaczego nie gramy muzyki góralskiej, tak? (śmiech) Bardzo często nas pytają: chłopie, dlaczego nie gracie bluesa, przecież na Śląsku gra się bluesa! Tak naprawdę nie wiem, dlaczego gramy muzykę irlandzką. Czy ta fascynacja przyszła stąd, że to jest coś innego? Że nikt przed nami w Polsce tego nie robił? Jest w tym jeszcze coś. Bo ja myślę, że w tym był palec Boży. To był większy pomysł niż nasz, ludzki. Wierzę, że Panu Bogu się spodobało i powiedział: „Chopy, wy bydziecie grali tako muzyka” i wszczepił w nas odrobinkę irlandzkości. Przecież był taki moment, że my naprawdę bardziej czuliśmy się Celtami, Irlandczykami niż Polakami i Ślązakami. Kiedyś spytaliśmy ambasadora Irlandii, czy by nam nie dał irlandzkiego obywatelstwa za krzewienie kultury irlandzkiej. On był bardzo chętny, ale my oczywiście gdzieś to zostawiliśmy na boku. No bo po co nam to?

Co jest w tej muzyce tak pociągającego?

Kiedy zaczynaliśmy funkcjonować jako profesjonalny zespół, pojechaliśmy do Irlandii na warsztaty. Mieliśmy fantastyczną styczność z muzykami irlandzkimi. I chyba udało nam się dotknąć tego, co w muzyce folkowej – każdej, nie tylko celtyckiej – jest głębszym dnem. Oprócz nutek, linii melodycznej, rytmiki jest w tym niesamowity pokład uczuć i wewnętrznej energii. Kiedy grasz muzykę folkową i potrafisz to wydobyć, czujesz się w niej bardzo dobrze. Chyba udało nam się dotknąć tej głębi, poczuć to, co w niej najważniejsze. Irlandczycy, gdy jest im smutno, grają muzykę, żeby się wypłakać. Jak ich niosło i byli szczęśliwi, to potrzebowali muzyki, żeby to wyrazić. A jak się chcieli bawić, to mieli muzykę do tańca – jigi, reele, hornpipy, żeby poskakać. My to chyba poczuliśmy. Nie zdawałem sobie z tego sprawy aż do chwili, kiedy jeden z irlandzkich muzyków powiedział mi: „Nie jesteście Irlandczykami, ale czujecie, co my tą muzyką chcemy wyrażać”. To nas niosło i niesie dalej.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy